— No, jest pan w ojczyźnie, w kraju — powiedziałem.
Doktorek popatrzył na mnie, a potem długo mówił. Oto właśnie, że nie jest „w kraju”. On do Palestyny nie tęsknił nigdy. On nie uznaje ojczyzny. Owszem, taki kawał ziemi, gdzie się człowiek urodził, zna wszystkich, mieszka z dawna. Ale daleki, szeroki kraj — nie. Nie uważa, żeby to było źle czy dobrze. Można za to kochać religię albo klasę. (Nie nabrałem wrażenia, by doktor kochał jedno lub drugie). W małopolskim mieście, w którym zaczął praktykować, źle mu szło. Przepełnienie. Przyjechał tu. — Nie uwierzy pan, jak ja się tu czuję okropnie, okropnie obcy.
Studiował we Lwowie. Były rozruchy antysemickie. Studenci tworzyli szpaler i przepychając Żydów bili ich. Mój doktor krzyknął: — Nie jestem Żydem, uważam się za Polaka. — Łomotnął go ktoś tym silniej pałką po głowie. Jego koledzy Żydzi słyszeli ten okrzyk. Byli wśród nich tacy jak on, którzy go rzucili dumnie w roześmiany radością bicia człowieka tłum. Ale ci koledzy — on ich zna — oni w ten krzyk wierzyli. On — nie wierzył. W Berlinie krzyknąłby: — Jestem Niemcem. — Pan się dziwi, oczywiście, i pan to uważa za oportunizm? Trudno, proszę pana, pan nigdy nie był w pozycji człowieka bitego za krew, którą ma w arteriach!
Od tego dnia — opowiadał dalej — zrobiła się jakby luka między jego kolegami Żydami a nim samym. Asymilanci wiedzieli, że on w ten okrzyk nie wierzył. Syjoniści gardzili nim tym bardziej. Z takimi, jak on sam, on jakoś nie bardzo współżył. Dziś jest w Palestynie. O tym, żeby być w Palestynie, marzą w Polsce, Rumunii, świecie tysiące tych tam chaluców. On jest. I jest obcy.
Widzi pan, mnie stać na szczerość. Pan jest obcy człowiek, pan oglądnie sobie i pojedzie. Pan rozumie, że człowiek może nie myśleć o kochaniu jakiejś ojczyzny, tak jak nie musi kochać religii. Z tego, co o Palestynie słyszałem, zrozumiałem, że tam jest wielki ruch. Ludzie budują, zorywują nieużytki, spuszczają bagna, ludzie pracują, ludzie się śpieszą, ludzie nie mają czasu pytać pana, co pan tam sobie myśli czy nie myśli. No, i w każdym razie nie o pochodzenie. Tu, proszę pana, ludzie się kłócą i zwalczają, ale jednak oni myślą to samo. Ja wcale z nimi nie myślę. Udawać? I trudno, i — ja bym nie potrafił. Na razie nie potrafię.
Rozmawialiśmy tak bardzo długo. Mówił o tym, jak tu panuje niewidzialna dyktatura syjonizmu. Jak tępiony jest żargon, jak zniszczono by maszyny redakcji żargonowego pisma, jak gdy podczas świąt żydowskich, wedle religii nie wolno jeść chleba, tylko macę, któraś postępowa piekarnia wystawiła w oknie chleb, to robotnicy („Pan uważa? robotnicy, oni są przecież socjalistami”) rozbili wystawę i tłum spalił ów chleb na ulicy, jako prowokację. Tak, panie. Tu też jest dyktatura, jak we Włoszech, jak w Rosji.
Doktor zatrzymał się i rzekł:
— Dyktatura jest dzieciństwem każdej idei.
Powiedziałem:
— Za jedynym bodaj tylko wyjątkiem: chrystianizmu.