W ciągu całych dwunastu lat normalnego funkcjonowania mandatu palestyńskiego emigranci polscy reprezentują w ogólnej emigracji światowej żydostwa do Palestyny grupę najsilniejszą. Procentowo wyraża się to w liczbie 39,8%, liczbowo w przeszło 50 000 ludzi. Nie jest to wiele, jeśli zważymy na trzymilionową masę żydostwa zamieszkującego Polskę, jest to jednak dużo, zważywszy na obszar Palestyny, zważywszy na to, że emigracja żydowska przechodzi przez bardzo trudne do przebycia filtry władz angielskich. W każdym razie nie jest to bynajmniej quantité négligeable31, zwłaszcza w epoce, gdy bezrobocie wśród proletariatu i młodej inteligencji daje się tak dotkliwie w kraju odczuwać. Nie jest nim również i wtedy, jeśli sobie uświadomimy, że to, co emigruje od nas, to przeważnie ludzie młodzi, ludzie biedni, chaluce, wnoszący do Palestyny przeważnie niewiele więcej niż swój zapał młodzieńczy i ręce do pracy.
Natomiast jeśli chodzi o odpływ kapitału z Polski, to z pierwszego miejsca wśród państw świata schodzimy na piąte. Po nas idzie już tylko Rumunia, a potem kraje, gdzie procent Żydów jest minimalny: Czechy, Holandia. Często podkreśla się u nas bogactwo trzymilionowej masy Żydów polskich. Otóż ta trzymilionowa masa, w której wpływy syjonistyczne są rzeczą niedającą się już chyba przez nikogo negować, począwszy od 1919 roku przesłała do Palestyny tytułem składek na Keren Hayessod 217 999 funtów szterlingów. Na nasze pieniądze wynosi to koło 6 976 048 złotych. Jako wpływ z przeciągu lat jedenastu z górą (statystyka ta jest z 1931 roku) nie są to chyba wielkie pozycje. Oczywiście, że poza tymi składkami pozostaje kapitał prywatny, wywieziony przez emigrantów, a na jego wyliczenie brak już danych. Niemniej cyfry tu przytoczone dają pewną ilustrację. Stany Zjednoczone, skupienie Żydów nie o tak wiele od polskiego mniejsze, wysłało do Palestyny w tym samym czasie dwadzieścia trzy i pół razy mniej ludzi niż Polska, a jedenaście razy pieniędzy więcej.
Tak rzeczy te wyglądają naprawdę, niezbywane krotochwilami o tym, że ile razy jeden Żyd z Polski do Palestyny przyjeżdża, tyle razy dwóch innych czym prędzej z powrotem do niej jedzie. Tak wygląda i legenda o miliardowych sumach, jakie rokrocznie wysysa Palestyna z Polski. Zwykły nasz wywóz towarów do tego kraju, w którym bez osadnictwa syjonistycznego nie powstałby nigdy nowy rynek zbytu, przerasta o dużo te „miliardy”.
*
Keren Kayemet i Keren Hayessod w swej długoletniej działalności, która odznaczała się tym, że w kraju stosunkowo bardzo małym, bardzo biednym, a o wielkich, jak dziś widzimy, możliwościach, obracała tak, że cele niehandlowe przeważały zawsze nad handlową kalkulacją, zrobiła w rezultacie, że obok kapitału prywatnego utworzył się kapitał filantropijno-społeczny o tak olbrzymiej stosunkowo do warunków kraju roli, że niepodobna jej porównywać do ról jakichkolwiek innych organizacji filantropijnych świata, działających w społeczeństwach i krajach dojrzałej cywilizacji.
Nad istniejącym tu (a raczej nieistniejącym) kapitałem prywatnym miał ów kapitał filantropijny ogromną przewagę: kolonie prywatne wyrosły z jego zapomóg i pożyczek. Dziś jednak Palestyna posiada spory obszar ziem osadnictwa żydowskiego, które egzystują niezależnie od poparcia z zewnątrz. Palestyna chaluców i kolektywów ma obok siebie Palestynę dawnych kolonii. Może najlepiej będzie je oglądnąć32.
Malaria i miliony
X., którego jestem gościem na jednej z najstarszych kolonii żydowskich, znanej nam już Petach Tikwy, należy najniewątpliwiej do typu zamożniejszych prywatnych kolonistów żydowskich. Osiadł tu jeszcze przed wojną, gdy dość silna fala osiedleńcza z Rosji, związana z pogromami i antysemityzmem, skłoniła go do emigracji. Opowiada dużo o ciężkich latach wojny, o napadach arabskich, w których zginął jego nieletni syn. Mniej chętnie wprowadza mnie w to, co mnie właściwie najwięcej interesuje, to jest w to, jak tu jest teraz. To samo było wczoraj w Rechoboth, to samo w Nesszionah. To samo jest mniej więcej we wszystkich prywatnych koloniach. Ludzie ci wiedzą, że jeżeli o Palestynie mówi się po świecie jako o kraju bez kryzysu, to o nich jako o bogaczach tego kraju. Niezbyt chętnie udzielają wyjaśnień o swym dobrobycie.
Krańce Petach Tikwy zajmują jeszcze niewielkie domy: dom mego kolonisty to właściwie duża willa. Ogrodu nie ma prawie wcale, nawet ogrodu warzywnego. Za to do jednej ze ścian domu formalnie przylegają drzewka pomarańczy. Kolonista X. ma wszystkiego czterysta dunamów pardesu. Na warunki polskie jest to mały folwarczek o czterdziestu hektarach; właściciel jego nie ma już na posyłanie dzieci do gimnazjów. Jeden dunam, oczywiście uprawny i owocujący od lat, kosztuje tu do stu pięćdziesięciu funtów. Majątek kolonisty wynosi zatem sześćdziesiąt tysięcy funtów, czyli przeszło dwa miliony naszych złotych.
Mój gospodarz bardzo prosi, by o nim nic nie pisać, robi wszystko co można, by mi dać jak najmniej informacji, ale przecież! Opowiada, że syn kształcił się na politechnice w Berlinie, córka niedawno wróciła ze studiów na Zachodzie... Rzeczywiście mówi bardzo pięknie po francusku. Oglądamy pole sąsiednie. — Ładny pardes — powiadam. Mój gospodarz mówi, że jest na sprzedaż, i dorzuca: — No, ale cóż on za to, biedak, dostanie, to ledwo siedemdziesiąt dunamów, jakieś dwanaście tysięcy funtów... Jakieś dwanaście tysięcy funtów! Z taką nonszalancją o takiej sumie nie mówi w Polsce od lat najbogatszy obszarnik-ordynat... Potem pyta się o ceny ziemi na Wołyniu... Nie umiem go poinformować zbyt dokładnie, ale bardzo niedługo dochodzimy do wniosku, że stać by go było na ładnych parę tysięcy morgów.