Już po wojnie przybywa do tej pary trzecia instytucja: w kwietniu 1921 roku zakłada się Keren Hayessod, Fundusz Odbudowy. Gdy tamte dwie miały za zadanie wykupno ziemi dla przekazania jej kolonistom, to ta nie zajmuje się już tym dziełem, ma na oku tylko jedno: dostarczenie osadnikom narzędzi, inwentarza. Zresztą służy w ogóle „rozbudowie potrzeb ekonomicznych i kulturalnych Palestyny”, wchodząc dosłownie we wszystkie dziedziny życia.

To, że te organizacje o wielomilionowych kapitałach zakładowych powstały, to było koniecznością Palestyny. Tylko na miejscu można widzieć, jak wszelki krok bez nich byłby niemożliwością. Palestyna jest klasycznym krajem, gdzie naprawdę wielkie rzeczy może dokonać jedynie zbiorowość pieniądza i zbiorowość ludzi. Palestyna jest klasycznym krajem, gdzie się łoży na przepadłe: ziemi nie sposób nabywać tu inaczej, jak wykupując całe połacie, całe latyfundia; osiedlenie się samotne Żydów między Arabami byłoby szaleństwem. U nas ziemię się kupuje i potem zaraz się orze. W Palestynie nie można niemal oddać dunama ziemi pod uprawę bez przeprowadzenia melioracji: tak np. z obszaru ziemi, nabytego za pieniądze Keren Kayemet, trzeba było poddać melioracji dwie trzecie. Jest to praca przewracająca wszystko do góry nogami: jedne ziemie się osusza, gdy drugie nawadnia. Rolnicy zrozumieją najlepiej, co można by zrobić, gdyby to zadanie było zdane na drobnych osadników, zrozumieją najlepiej, ile znaczy fakt, że przed kolonizatorem-chalucem, jak tank przed żołnierzem idącym do ataku, posuwają się już dwie takie maszyny, jak PJCA i Keren Kayemet, zdobywając mu (najdosłowniej, acz najbardziej pacyfistycznie w świecie) teren, gdy sekundujący im Keren Hayessod wyposaża go w budynki, inwentarz żywy i martwy.

W ten sposób dokonał się nowy pochód Izraela: szedł on od morza. Trzydzieści parę kilometrów na południe od Jafy rozpoczyna się mniej lub więcej zwarta ława osadnictwa. Jest to najbogatszy, pardesowy, region Palestyny; jest to zarazem region prywatnych kolonistów. Obchodzi on Tel Awiw i pnie się w górę — przez Petach Tikwę, Herzliję, ku francuskiej dziś Syrii. Coraz częściej pojawiają się szmaty ziemi, nabytej już nie przez prywatny kapitał, lecz przez Fundusz Narodowy, Keren Kayemet. Z Wadi Hawarat rozpoczyna się wielkie, 43000-dunamowe latyfundium Keren Kayemet. Przy bogatej Hederze wyrasta grupa kolonii kapitału prywatnego; ale już nieco dalej przychodzi z kolei kraj PJCA. Wreszcie koło Hajfy sąsiadują ziemie kapitału prywatnego i Kerenu, który tu wykupił ziemie między Hajfą a Acre, mające, z racji budowy portu w Hajfie, wielką przyszłość. Tu się pochód od morza kończy.

Ale jednocześnie z tej najgórniejszej, północnej jego flanki wypada ku południowo-wschodowi olbrzymi pas ziemi, jedna z najważniejszych części Nowej Palestyny, Dolina Izraela, 164 000 dunamów. Emek Izrael dociera aż do doliny Jordanu, gdzie nieco na północ istnieją stare kolonie rotszyldowskie i kayemetowe, nad Tyberiadą i wyżej; są to już wielkie i najdalsze forpoczty Izraela, jego wyspy. Szereg mniejszych osad idzie na dole, na południu od Tel Awiwu ku Jerozolimie. Takim oto szykiem posuwa się osadnictwo żydowskie w głąb Palestyny.

Ile kosztowało to wszystko? Nawet pieniężnie tylko trudno to dziś ocenić. Prywatną, bardzo potężną kolonizację pozostawiając na uboczu, trzeba nam zesumować koszta nabycia i melioracji ziem Keren Kayemetu i Keren Hayessodu — 2 004 733 i 4 669 547 funtów szterlingów. Organizacje inne, jak lecznicza Hadassa, która włożyła w kraj półtora miliona funtów, pozostaną jeszcze na boku, jak pozostają, dla swej różnorodności lokat i długiego przeciągu czasu, dobrodziejstwa fundacji rotszyldowskich. Doskonałe statystyki angielskie nie dają przecież zupełnie pewnego obrazu inwestowanych tu kwot. Poza tym Palestyna (będąca dziś w rzeczy samej doskonałym terenem inwestycyjnym) stara się — całkiem słusznie — przedstawić te swoje walory w jeszcze lepszym świetle. Wolę więc nie mówić o rzeczy, której z całą dokładnością osobiście zgłębić nie mogłem — i która, jak wszystko w kraju rosnącym w oczach, będzie przedawniona po paru miesiącach.

Dostawcy ludzi i dostawcy pieniędzy

Przed odjazdem do Palestyny poinformowano mnie już, że Polska ma w tym kraju wcale ważny rynek zbytu dla swych towarów. Zadziwiające jest, że nasze bielskie materiały konkurują tam, na serio i zupełnie dobrze, z materiałami angielskimi. To samo tyczy się wyrobów łódzkich i białostockich: Żyd przyjeżdżający z Polski, a choćby z Rosji (dziś emigracja z Rosji, zakazana przez ZSRR, należy do przeszłości, ale dziesięć lat temu była duża), nie zna tekstyliów angielskich, zna za to i przyzwyczaił się do naszych. O dobrej ich sławie może coś powiedzieć i fakt, że nowo założona fabryka sukna w Tel Awiwie nosi raczej niehebrajską nazwę „Lodzia”. Istnieją próby rozszerzenia naszego eksportu. Jak zwykle, tak i teraz, faworyzowany przez nas przemysł bierze górę nad rolnictwem, co do ważności którego, jako prawdziwej podstawy gospodarstwa narodowego, dopiero ostatnio zaczyna świtać nieco rozsądniejszy pogląd. Zapewniano mnie bardzo poważnie, że drzewo i kartofle (Wileńszczyzno, pomyśl!) mogłyby tu mieć ładny zbyt. Najprawdopodobniej skończy się znowu na tym, że Palestyńczykom pytającym o kartofle wsadzimy w ręce specjalnie wydany memoriał, że kartofle najlepiej sadzić u siebie w kraju, zaś z zagranicy sprowadzać nawozy sztuczne, i bardzo się zdziwią nasze głowy stanu, że ciż Palestyńczycy wykonają wreszcie pierwszy plan memoriału, tj. nie kupią kartofli, ale, szelmy, nie domyślą się drugiego — i nawozy sztuczne sprowadzą z Chile, nie z Chorzowa. Niezależnie od tego wszystkiego Polska wraz z innymi krajami o wielkim skupieniu Żydów występuje jako — że użyjemy tej handlowej przenośni — eksporter dwóch „towarów”: ludzi i pieniądza.

Na dostawców ludzi i dostawców pieniądza dzielą się w oczach Palestyny wszystkie niemal kraje świata. Oczywiście jedne są typowymi eksporterami materiału ludzkiego, inne kapitału. Oczywiście też żaden kraj nie dostarcza samych tylko osadników ani samych tylko pieniędzy. Te dwa czynniki kierowane przez wielkie organizacje osiedleńcze rozlewają się planowo po kraju.

Otóż klasycznym państwem-dostawcą ludzi jest Polska, a klasycznym dostawcą pieniądza są Stany Zjednoczone.

Mówi się bardzo często o sprzeczności interesów polsko-żydowskich. Nie jest zadaniem książki ani jej autora zapuszczać się tu w długą czy nawet krótką na te tematy dyskusję. Sądzę jednak, że najbardziej przekonany o szkodliwości Żydów dla Polski antysemita nie zaprzeczy, że jeśli chodzi o kwestię Palestyny, sprzeczność ta nie ma miejsca. Jeżeli już się zakłada, że element żydowski jest u nas niepożądany, należy zapewne powitać z zadowoleniem fakt, że właśnie Polska objawia ze wszystkich krajów diaspory najsilniejszy ruch emigracyjny, najsłabszy zaś stosunkowo emigracji kapitału.