Jestem jedyny nie-Żyd na tych osiemdziesięciu siedmiu. Poza paroma zaledwie wyjątkami są to wszystko młodzi Żydzi rumuńscy. Jadą do Palestyny. Stąd taka radość. Jadą na stałe. To znaczy oficjalnie na stałe, z urzędowymi „certyfikatami” emigracyjnymi, jedzie niespełna dwie trzecie, jako autentyczni, wychowani w kadrach organizacji młodzieńczych żydowskich, wykształceni na osadników i pracowników, chaluce. Chaluc, hebrajskie słowo, oznacza pioniera. To są właśnie młodzi pionierzy dzieła, tak długo i tak ciężko prowadzonego dzieła, o którym jeszcze się u nas nieraz mówi jak o utopii i chimerze, a które przecież wydało już rezultaty o skali większej niż ta, jaką zamyślali jego pierwsi twórcy. Mało który jest starszy nad dwadzieścia jeden lat. Wszystko tu niemal 18–20. Dziewczyny to samo. Jest nieco mniej dziewczyn niż chłopców. Są cichsze, może się mniej cieszą.
Jedyną formą organizacyjną, jakiej nie złamały, przeciwnie, raczej wytworzyły tu właśnie warunki czwartej klasy, jest podział na prycze. Wspólność legowiska oblige5. Prycze — to jakby dzielnice, okręgi dzielnicowe. Tych trzy, cztery osoby to jedna hewra6, od razu zżyta, jeśli jeszcze mówiąca przypadkiem po rosyjsku (a wielu tu jest z Besarabii), od razu, z samego faktu ulokowania swych rzeczy tu, a nie na przykład pod tamtą ścianą, mówiąca do siebie per ty. Bynajmniej nie są to starzy znajomi. Hewra, gdyś wyszedł na pokład, pilnuje, czy kto czasem nie „pożyczy” nieschowanego do walizki lusterka. Hewra nie pozwoli, by koleżanka z sąsiedniej pryczy odsunęła twoje walizki. Na odwrót, hewra będzie patrzeć krzywo, jeśli swymi pomarańczami z Konstancy lub choćby herbatą z termosu częstować będziesz mieszkańców innej pryczy przed własnym sąsiadem: różne, rozmaicie, w różnych razach rozmaite, niestałe i nie w tych samych występujące przejawach, są obyczaje pryczowej wspólnoty.
Potem przychodzi noc, burzliwa, ciężka noc na Czarnym Morzu. A potem idzie długich siedem dni i nocy, cały tydzień spędzony na tym samym pokładzie i na tych samych razem pryczach. Tylko w koszarach, więzieniu i emigracyjnych barakach oddycha się tak w nocy powietrzem, które już przeszło przez sto innych płuc, i żyje, mając swe własne życie wplątane wszystkim, co się robi, w to, co robią ci inni. Im silniej się to wplątało, im ciaśniej jest w czwartej klasie „Dacii”, tym bliżej, bardziej zażyle, bardziej po bratersku można się zżyć z młodym, spotkanym przypadkowo Żydem wyrobnikiem z Kiszyniowa czy Botoszan. Czarne hebrajskie literki na ich „certyfikatach” — otwierających prawo do osiedlenia w Palestynie — pozostaną na długo, może na zawsze, hieroglificznym sezamem dla Aryjczyka. Ale otworzy się przed nim nieznany dotąd, oddzielony siedmioma górami i rzekami świat wewnętrznego „ja” tych ludzi. Siedem dni razem na samym dnie emigracyjnego okrętu robi wiele. Wielką zaiste siłę spajania ludzi posiada wspólne życie u dołu.
*
Mojżesz Schamroth jest jednym z tych, z którymi zżyłem się najszybciej. Ma lat dwadzieścia, wygląda na mniej, gdyż jest fizycznie wątły. Mieszka od dziesięciu lat w Bukareszcie, pracował w ekspedycji żydowskiego dziennika. Jest inteligentny, lekturą przerósł o dużo swe wykształcenie regularne, które zakończyło się bodaj na trzeciej klasie gimnazjalnej. Zresztą w całej czwartej klasie „Dacii” jest zaledwie czterech chaluców, którzy byli na uniwersytecie, żaden zaś go nie ukończył. Mojżesz Schamroth lubi informować. Robi to bardzo starannie i pedantycznie.
— Co was, młodych, skłania, żeby wynieść się do Palestyny?
— Widzisz — mówi Mojżesz — są cztery motywy, raz silniej, raz słabiej występujące. Przede wszystkim tradycje narodowe: to nasza ojczyzna. Jest to moment, który występuje u każdego, ale prawie nigdy nie jest głównym motywem; wyjątek stanowiliby syjoniści-rewizjoniści, reakcjonerzy. Ale tutaj nie ma ich...
— A dalej?
— Po drugie — klasyfikuje chaluc — to skutki kryzysu. Zdobycie jakiegokolwiek sposobu utrzymania dla młodego Żyda bez pieniędzy staje się coraz mniej możliwe, trudne, beznadziejne. Ci ludzie w obcym społeczeństwie nie mogą już żyć, choćby dlatego tylko, że nie zarobią i pięciu lei dziennie. Palestyna daje możność pracy, która w najgorszym razie zapewnia utrzymanie. Jest to moment nieideowy. Jeżeli jest jedynym momentem, który skłania kogoś do pojechania do kraju — no to tego już się utrąci. Wreszcie — obecnie bardzo silnie, może najsilniej — działa jeszcze jeden moment; nie wiem, czy ci mówili, ale my wszyscy wstępujemy do rolniczych kolektywów, komun. Palestyńskie komuny i Rosja to jedyne punkty, gdzie świat naprawdę szuka jakichś nowych form życia, gdzie już się wyzwolił spod przewagi klas nieprodukujących. Jest to naszą ambicją wziąć udział w tym wyzwoleniu, w tym olbrzymim dziele. Nasza Palestyna pokaże drogę światu.
Schamroth wynurza się już sam lub odpowiada na wtrącane przeze mnie zapytania krótko, zdecydowanie. Mówię mu, że syjonizm nie jest ruchem czerwonym.