Palestyna może pomieścić większą ilość ludności tylko jako kraj przemysłowy, miejski. Tradycje Tyru57 i Jerozolimy58 predestynowały ją niejako na nowe centrum handlowo-przemysłowe Bliskiego Wschodu. Napływ kapitału dzięki kolonizacji żydowskiej umożliwiał, zdawało się, te plany. Ale Palestynie brakło niezbędnego czynnika dla każdej rozbudowy przemysłu: brakło węgla. Plan gęstszego zaludnienia Palestyny, będący nakazem potrzeb narodowych, załamywał się tak o niemożność jej uprzemysłowienia na szerszą skalę dzięki brakowi węgla, siły popędowej przyszłych fabryk.

Pierwszym wielkim przedsiębiorstwem przemysłowym tego kraju bez węgla stała się Palestine Electric Corporation Ltd., przedsiębiorstwo obliczone na generalnego dostawcę elektrycznego światła i elektrycznej siły popędowej.

Geneza tej instytucji była bardzo prosta. I znowu jest to jedna z żywych legend wplecionych w dzieje Palestyny. Można by ją nazwać Legendą Dobrego Kapitalizmu. Było to bardzo, bardzo niedawno... Było to tak:

W jednym z wielkich zakładów przemysłowych rosyjskich młody inżynier Żyd, z rodziny, którą porwał w swe nurty prąd rosyjskiego życia, zbliżył się do idei syjonistycznej. Dalej był inżynierem elektrotechnikiem rosyjskim, dalej studiował i powiększał swe teoretyczne, zawodowe plany. Dalej, jak tylu innym ambitnym młodym inżynierom, śniły mu się cuda techniki, zamerykanizowanie Rosji, Azji, świata. Bardzo wielkie plany poparte żydowskim, handlowym zmysłem interesu. W te plany i kreślenia, i wyliczenia uczone wszedł tymczasem jeden czynnik, który odegrał rolę zwrotnicy. Przestawił o kąt rozwarty plany młodego inżyniera. Nowe ramię tego rozwartego kąta wyleciało gdzieś poza orbitę zielonych granic Rosji, zbiegło strzałą w dół po globusie, zatrzymało na małym kraju Południa, gdzie trochę biednych utopistów spasało barany i marzyło o sadach i sianokosach.

Pierwsze lata powojenne zastają już inżyniera Pinkusa Rutenberga59 w Palestynie. W Palestynie jest dużo chaluców osuszających bagna, dużo kolonistów sadzących wino i pomarańcze. Nie ma ani jednego technika, inżyniera w wielkim stylu, businessmana amerykańskiego pokroju. Pinkus Rutenberg60 przybyły z Rosji jest takim. Zjechał całą dolinę Jordanu, przepatrzył wszystkie jego zakosy i załomy. Odbył długą i mozolną drogę wynalazcy po gabinetach żydowskich i angielskich dygnitarzy palestyńskich. Jeździł do Londynu i dalej. Tam też przyjmował go usłużny sceptycyzm i lekkie, maskowane podejrzenia... Rozkładał wszędzie wielkie, pokreślone plany, na których błękitne pasemko Jordanu pocięte było kreskami jakichś nieistniejących zapór. Tłumaczył, jakby mówiąc o pogodzie i grzybobraniu, że trzeba koryto jednej rzeki odwrócić na cały okres budowy, potem koryto tej rzeki i jeszcze drugiej rzeki przelać w jedno wielkie jezioro, że dopiero to jezioro zamknie wielka tama, a spad wody poruszy cztery gigantyczne turbiny i oświetli cały biblijny kraj. I jakby nie dosyć było tego wszystkiego, mówił, że kraj ten jest zupełnym odludziem, dzikimi polami. A jakby jeszcze to nie wystarczyło, tłumaczył, że ta pierwsza tama i w ogóle to, co dziś mówił, to sobie tylko początek, bo takich tam na dobrą sprawę trzeba będzie postawić z osiem!

Pinkus Rutenberg mógłby napisać bardzo ciekawe pamiętniki, ale jedne z najciekawszych w nich ustępów to byłyby niewątpliwie te wspomnienia z łażenia po ludziach, z szukania kapitałów. Kapitał magnaterii żydowskiej pchał się po 1918 roku lawiną do Niemiec, tej młodej, zdrowej demokracji pracy i równości... Palestyna była w jego pozycjach budżetowych rubryką tego rodzaju, co rubryka „na ubogich gminy”, co rubryka „fundacja bł. p.61 mego ojca”, „stypendia dla synów robotników mego koncernu”. I szlus. Inżynierowi proponującemu udział w Palestine Electric Corporation legitymowano się zeszłoroczną dotacją na Keren Hayessod, na Uniwersytet Hebrajski, na ten i tamten zakład dobroczynny w Palestynie. „My już jesteśmy patrioci, ofiarni patrioci, panie Rutenberg. A jak tam w Palestynie, nie bardzo biedujecie, co?”

O tych dziejach krążą w Palestynie legendy, które kazałyby wielu dobrze się zarumienić, a zmusiły najniechybniej jeszcze więcej panów do zapisania w pamięci, że mieli jedną znakomitą inwestycję do zrobienia — i nie zrobili jej. Ale przecież zebrał się duży kapitał zakładowy: stanęła spółka Palestine Electric Corporation z kapitałem anglo-żydowskim miliona funtów. Keren Kayemet, Fundusz Narodowy Żydowski, uczestniczył tam pokaźną sumą stu tysięcy.

Budowa trwała kilka lat. Wielki „baraż”, tama, która stanęła w dzisiejszym Tel Or i spiętrzyła na kilkanaście metrów wody ogromnego jeziora, wody Jordanu i Jarmuku, jest już gotowa. Całe miasteczka dachów i fabryk pokryły oszańcowany drutami kolczastymi obszar koncesji. Jest to naprawdę obóz: wpuszcza się tu w pewne określone dni i nie wszędzie ani wszystkich. Zainteresowanymi w tak pilnym strzeżeniu wielkiego przemysłowego zakładu są nie tylko jego właściciele, jest i rząd. To, co się tu pokazuje turystom, to przede wszystkim wielki wał betonowy tamy. W dwóch miejscach zbiegają zeń pod potężną halę akumulatorów i silników dwie grube na parę metrów średnicy rury. Dwie turbiny wytwarzające prąd. Obok jest miejsce na dwie inne, jeszcze niezbudowane. Kiedyś pracować one będą obok siebie, kolejno. Kiedyś, na dalszych załomach Jordanu, gdzie dziś rośnie niska łoza, staną następne tamy Palestine Electric Corporation.

Ale już dziś to, co istnieje, jest wielkie. Cały kraj zaopatruje się stąd w światło. Wielkie filiale Rutenberga, przetwórnie prądu, istnieją w Tyberiadzie, Tel Awiwie i Hajfie. Tama nad sztucznym jeziorem zdolna jest dawać do czterdziestu tysięcy kW. Zdolna jest oświetlić cały kraj. Ale oświetlić — to jeszcze bardzo mało.

Bodaj większość kolonii posługuje się dotąd naftą. Wyrugowanie jej ostateczne to nie jest jeszcze główny cel Rutenberga. Ten cel rozbudował się na ogromną skalę. O tym głównym celu mówi Palestine Electric Corporation bardzo mało, znają go tu jednak wszyscy. Ten cel to jest: