Rozmowa ta toczyła się wieczorem czwartego dnia podróży. Z górnego pokładu przy szalupach patrzyliśmy na zapalającą się i gasnącą co pół minuty latarnię morską Pireusu.

— A dlaczego przechodzą potem do syjonizmu?

— Widzicie, w tym wszystkim to właśnie jest może najłatwiejsza jeszcze rzecz do wyjaśnienia: oni nie chcą czekać... Oni chcą dla siebie stworzyć takie życie, jakie chcą — dla siebie. Więc biorą najbliższą okazję. Kolektywy rolne w Palestynie — no, to tak, jakbyśmy już przeskoczyli całą rewolucję w nowym ustroju. To prędzej. To nawet — zaraz.

Dwa dni potem Klara wróciła sama do owej rozmowy i dodała jeszcze uwagi, które przyszły jej potem do głowy. Są one takie:

— Nie tylko możność natychmiastowego, dla siebie, realizowania swych pragnień życiowo-społecznych skłania ku Palestynie. W grę wchodzi tu inny jeszcze czynnik: młodzi, najbardziej przekonani do komunizmu, mimo wszystko nie wiedzą, czy przecież raz znalazłszy się w nim, nie doznają zupełnego rozczarowania. A trudno już będzie „znowu świat przewracać”. To jedno. Potem — tamto „w Rosji” wszystko już jakoś okrzepło, jest, jakie jest.

— Coś jak ikony — żartuję. Ale Klara nie chwyta porównania. Przywodzę jej na myśl sztywne, znieruchomiałe w swym geście, postacie bizantyńsko-cerkiewnych malowideł.

— Tak jak ikony — podchwytuje. — Trogat’ wospreszczajetsia8. A w Palestynie wszystko właściwie się zaczyna i wedle swoich wzorów. Próbują tak, próbują inaczej. Tam próbować będziemy sami. Nie podoba się wszystkim, zmieni się. Nie podoba się mnie — pójdę sobie.

— A wy sami — jakże zrobicie?

Klara, jak wiele dziewczyn, nie wie. No, z początku oczywiście do kolektywu. Inaczej nie ma opieki, ani miejsca może nawet. Później — kak łuczsze. Jak lepiej.

*