Koncepcja lewicowa. Przemożna działalność Histadruth Haowdim i socjalistów palestyńskich i na tym polu pracowała. Gdy stworzenie Transjordanii, jako czysto arabskiego kraju, nie uspokoiło ruchu arabskiego w Palestynie, gdy jednocześnie kierownictwo w nim objął kler i możni arabscy, rzucono hasło zastąpienia walki religijno-narodowej walką klasową. Histadruth począł wciągać w swe szeregi robotników arabskich. Począł ich organizować, począł współpracować z nimi w pierwszych ich strajkach przeciw wyzyskowi pracodawców arabskich. Niemniej mimo bardzo wytężonej pracy w tym kierunku wyniki jej są nikłe, współpraca proletariatów obu narodów przeciw klasom posiadającym słaba, jeśli ją zaś porównać z antagonizmem żydowsko-arabskim — wprost żadna. A wreszcie: zastąpienie w masie arabskiej Mahometa Marksem nie daje jeszcze żadnych gwarancji, czy kiedyś ruch ludowy arabski zamiast pójść na współpracę z proletariatem żydowskim nie utworzy jakiegoś arabskiego hitleryzmu, w którym znajdzie się miejsce i na socjalizm, i na nacjonalizm. Memento hitleryzmu jest dla żydostwa groźnym mementem.
Koncepcja współpracy. Podczas gdy Palestyna wrzała walką narodów, ale jednocześnie pęczniała złotem, Transjordania pozostała nadal piaskami. Transjordania miała jednak na czele człowieka, który z synów Hussejna, panujących na innych tronach arabskich, jest bez wątpienia indywidualnością najsilniejszą, zupełnie niepoślednią. Abdulla zrozumiał doskonale, że podniesienie jego nędznego kraju jest niemożliwe bez współpracy żydowskiej, gdyż tylko stąd może Transjordania liczyć na napływ kapitału koniecznego, by jej piaski zamienić na pardesy. Wiosną bieżącego roku na radzie królestwa postawiono sprawę pozwolenia Żydom na nabywanie ziemi w Transjordanii.
Dziś jest to sprawa należąca nieco do historii. Wśród nieopisanego wrzasku Arabów palestyńskich i bardzo słabego oporu części transjordańskich, nie bez bardzo czynnego udziału Anglii, pertraktacje z Abdullą Farbsteina i Newmana, dwóch przywódców żydowskich, którzy są twórcami tej koncepcji, projekt został spławiony. Brama do Transjordanii, gdzie istnieją jeszcze z czasów tureckich stare kolonie syjonistyczne, pozostała zatrzaśnięta. Jest to szczegół, jest to jeden moment pewnej akcji. Nikt nie wątpi dziś, że prędzej czy później brama ta się otworzy. Wobec tej szalonej nędzy, jaka panuje w Transjordanii, wobec tego, że z chwilą otwarcia dla Żydów Transjordanii ceny ziemi podniosą się do wyżyn palestyńskich, czyli że majątek każdego właściciela ziemskiego wzrośnie siedmio-dziesięciokroć, na dłuższą metę zbyt słabą zaporą okaże się cały gniew (zresztą konkurencyjny) palestyńskich Arabów. Gniew ten mógł starczyć na jeden raz. To jednak nie wszystko. W Transjordanii zorganizowało się potężne stronnictwo, które przy każdej sposobności manifestuje swe sympatie do Żydów. Abdulla ma ogromne poparcie w całym narodzie.
I tu właśnie, przy tym czysto praktycznym rozwiązaniu sprawy, nasunie się może trzecia jeszcze koncepcja; po latach czternastu jedno jest w Palestynie pewne: chybiły zarówno wszystkie ataki Żydów na Arabów, jak i wszystkie ataki Arabów na Żydów. Jedynym beneficjentem całej walki była Anglia. Czternaście lat wykazało, że ani usunięcie Arabów z Palestyny, ani wygnanie z niej Żydów nie jest możliwością, wykazało dalej, że jedynym kapitałem, jaki może pójść w te kraje (prócz eksploatacyjnego kapitału angielskiego), to wyłącznie kapitał żydowski. A wreszcie: „zagrażanie” przez Żydów świętościom mahometańskim jest akurat na tyle uzasadnione, co zagrażanie Świętym Miejscom Chrześcijaństwa. Ludzie, którzy do Palestyny emigrują, doprawdy nie emigrują w tym celu.
Katolicyzm arabski. Pamiętam ogromne wzruszenie, gdy w bazylice Nazaretu nie znalazłem na konfesjonałach innych napisów jak arabskie, to dziwne uczucie wiecznej żywotności Kościoła, jego kroczenia coraz dalej, gdy pierwsze z rzędu czternastu kazań w noc wielkoczwartkową na Getsemani wypowiedział po arabsku franciszkanin Arab, gdy widziałem kościółek w Hajfie z rana, w dzień powszedni, biały od zawojów beduińskich i czerwony od fezów. Pamiętam uczucie niesmaku, gdy byłem w domu katolików arabskich, którzy mi przez godzinę tłumaczyli, że oni, stawszy się katolikami, przestali być Arabami, że są „kulturalnymi Europejczykami”, że „z tym tam wszystkim” nie mają „nic wspólnego”. Pomyślałem wtedy z pewną melancholią, że u nas, nie na żadnych Kresach, ale w Słonimie, inne misje już nie to że budzą, ale wprost stwarzają nowe narodowości, podczas gdy na ogromnych przestrzeniach Bliskiego Wschodu... Ale fakt przytoczony, choć dość częsty, jest jednak wyjątkiem. Katolicy arabscy stanęli w szeregach panarabizmu. Wyrzekłszy się Mahometa jako proroka, czczą go tym więcej jako narodowego geniusza. Dokonało się to może i wbrew, i bez świadomej myśli katolickich kierowników, ale dokonało się. Mam wrażenie, że katolicyzm ma w Arabii tak wielkie rzeczy do dokonania, jakich nie miał na tym opornym terenie jeszcze nigdy; drogą do tego pełne włączenie arabskiego katolicyzmu w nurt odrodzenia narodowego.
Coś podobnego ma się z żydostwem. Istnieją już dziś rojone tylko, bo gigantyczne plany: zespolenia ruchu syjonistycznego z ruchem panarabskim, wzmożenia osiedlnictwa89 żydowskiego już nie w Palestynie tylko, ale w Egipcie, Syrii i innych częściach Arabii. Niepodległości nie osiąga naprawdę kraj bez kapitałów i bez wykształconych kadr pracowników. Arabia nie ma absolutnie pierwszych, w bardzo małej liczbie drugich, Żydzi dadzą jej jedno i drugie. Dziś aktywną niechęcią żydostwa jest tylko niechęć do Arabów, jutro miejsce jej może zająć aktywna, niezahamowana czym innym niechęć do Anglików.
Są to rzeczy niesłychanie trudne. Na to muszą przede wszystkim Arabowie zrozumieć te wielkie korzyści, jakie unia z żydostwem dać im może. Na to muszą Żydzi zrozumieć, że jedynymi upełnomocnionymi arabskimi nie są specimeny socjalizmu arabskiego, ludzie absolutnie bez znaczenia i wpływów. Głos ma tylko wielki mufti, głos mają tylko ludzie do niego zbliżeni. Nie jest to konstatacja wesoła, to pewne, ale jest realna. Z wrogiem, z którym się ma i wspólne interesy, i wspólnego wroga, można się dogadać. Gadanie z kim innym to tylko niemądre złudzenia, to tak, jakby pertraktując z Rosją w 1933 roku, pertraktowało się z Kiereńskim czy monarchistami. Mimo wszystko mam wrażenie, że stosunki w Palestynie powoli dojrzewają do tej rozmowy. I o Żydach, i o Arabach istnieje przekonanie, że posiadają mało zmysłu państwowotwórczego. Pertraktacje prezesa Farbsteina i Newmana dowodziłyby czegoś przeciwnego. Polityka emira Abdulli również.
Jeruzalem chrześcijańskie
Podziemia każdego starego domu w tym mieście pustynnych, suchych gór, wypełnia drążona w skale cysterna; miesiącami całymi zawiewa z niej do pokoi dolnych pięter niezdrowy, wilgotny chłód. Ale tak musi być: gdy niespodzianie, ku żywiołowej radości ulicy spada skąpy, krótki deszcz, wtedy z płaskiego dachu kamiennymi rynnami przez ściany spływa woda do cysterny. Jej pusta, głęboka czeluść wypełnia się; jest obliczona nawet na całe burze i urwania chmur. Miasto w wodę ubogie stworzyło sobie w podziemiach zbiorniki zdolne pomieścić całe rzeki.
Coś podobnego jest z pielgrzymami. Jeruzalem jest małe, jest ubogie nie tylko w wodę, ale ubogie w domy, w ludność. Za to wie, że co roku olbrzymi prąd wyrzuci tu dziesiątki i dziesiątki tysięcy ludzi. Jak te cysterny w skale, tak ponad skałą wystawiono całe gmachy hospicjów90, hoteli, przytułków, palace’ów, nor. Wystawiali je ludzie pobożni i zwykli spekulanci, katolicy i ewangelicy, kraje i zakony, muzułmanie i żydzi. Pod wielkim King’s David Hotelem stoi od wczoraj srebrno-błękitna hispano-suiza91, która nosi tarczę z godłami Andegawenów i Stuartów, i Burbonów, i Kastylii, i Aragonu, godłami, jakie się pamięta ze sztandarów w muzeach, ze zworników spinających żebrowania komnat średniowiecznych; zmęczony człowiek, który nią przyjechał, jest dziedzicem dawno przekreślonych praw do dawno przekreślonego w zjednoczonych Włoszech królestwa... Ale pod Górą Oliwną nie stoi nawet ford. Pod Górą Oliwną, pod białym wysokim murem prawosławnego klasztoru, koczują ludzie, dla których za drogi jest nie tylko King’s David Hotel, ale i najtańsze z drogich hospicjów, lub dla których nie było miejsca w Świętym Mieście. Przyjechali tu z myślą, że przecież jakoś będzie, albo raczej bez myśli o tym, gdzie się podzieją i jak. Tylko że Jeruzalem znajduje się obecnie w „fali zimna”, która nie tylko napełnia wodą stare cysterny podziemne, ale ludzi śpiących u stoku góry ziębi wiatrem zimnym i deszczem. Nie ma chyba nic tak dojmująco chłodnego jak chłód nocy na tym jednym ogromnym głazie Góry. Ludzie ci leżą jedni przy drugich, jedni przy drugich — bliżej siebie niż te białe kamienie nagrobków cmentarza, który niżej nieco schodzi tarasami w ową biblijną Dolinę Jozafata. Może, gdy spać im nie da zimna rosa nocy, myślą o innej nocy, o pocie zimnym i krwawym, który zraszał czyjeś skronie w ogrojcu, u szczytów Góry Oliwnej, w on czas...