Jesteśmy już za murami miasta, jest szerzej, jest gwarniej. Lampy znaczą z daleka szlak asfaltowej szosy. Huczą na niej motory aut, jedno za drugim, jedno za drugim. Po zboczach Góry Oliwnej, nam na wprost ślizgają się raz po raz światła reflektorów: tędy ujeżdża szeroką, nowoczesną, wygodną „autostradą” angielską każdy pielgrzym, którego stać na buicka, chryslera i taksówkę. Przed nami cały w lampach świeci złoto-biały fronton bazyliki, gdzie był niegdyś Ogrójec: jest to jasny na tle czarnej góry punkt i jest to jednocześnie cel. Tu, w dół od Jeruzalem jakby spływają dwie rzeki ludzi: jedni via Dolorosa, drudzy huczącą od samochodów stradą. Takie dwie rzeki.

Nowy, czysty i jasny kościół. Jasny od świateł i pełny. Są twarze, po których się widzi, że anglosaskie, że włoskie, że bawarskie (czy też pruskie?) pewno, że słowiańskie. Ale to tylko połowa. Przetyka to gęsto moc białych beduińskich „kuefirów” z czarną obręczą przytrzymującego je sznura nad skroniami. Przetykają je czerwone fezy arabskie, czarne i zmartwiałe jakby twarze Abisyńczyków. I jacyś Chaldejowie, i Kopci, i Armeńczyccy, i jeszcze, jeszcze jacyś. Jest się jakby zgubionym. Przy ołtarzu, jasnym od żółtych świec ołtarzu, ksiądz czyta Ewangelię: Łukasza, Marka, Mateusza, Jana. Czyta bardzo powoli, z odstępem po każdym prawie słowie, aby łacinę zrozumieli i ci, którzy z niej ledwo coś znają, aby mogli jej teksty śledzić w książeczce. Gdy przechodzi do trzeciej, ma się wrażenie, że to nie jest zwykłe czytanie Pisma; że to wszystko to jakby jakiś trybunał olbrzymi, który przyszedł, choć po wiekach, i po wiekach na jakąś dziwną wizję lokalną zbrodni kataklizmowi równej. Jesteśmy na miejscu, gdzie był ów gaj oliwny podmiejskiego folwarku i dokąd weszły późną, wiosenną nocą straże i zbrojni kapłańscy. A jeden po drugim, czterech, świadkami czynu będący, wywodzi nam i przekazuje, oto przez dziewiętnaście przekazuje wieków, swoje świadczenie.

Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum93 — podchwytuje chór ludów, przesuwając perły oliwkowych różańców. Tu modlą się wszyscy. Jest to jakby jakieś chwytanie się słów, najdrobniejszych, najbardziej codziennym użyciem wytartych słów modlitwy. Idzie to niemal rytmicznie i prawie jakby jakaś wspólnie dokonywana praca. Tak wspólnie, z poczuciem, że opuścić tego nie można, że nie wolno odjąć od tego rąk, dźwiga się przy budowie zbyt ciężkie na jednego belki. Ta modlitwa nocna ma właśnie charakter takiej zbiorowej pracy. Jakby ci oto podnosili powoli, coraz wyżej jakiś ogromny, jakiś za wielki ciężar. Jakby on przykuł ich, do siebie przykuł, w tej pracy.

Słuchamy pierwszego kazania. Nie zrozumie jego nikt, kto tu przybył teraz, ale przed ołtarz docisnęły się wszystkie białe „kuefiry” Beduinów i wszystkie czerwone fezy katolików-Arabów. Franciszkanin mówi po arabsku. Przez hieroglif szeleszczących i huczących słów trzeba się doszukiwać tego, co mówi. Wiemy o czym — i słuchamy. Potem mówi Hiszpan, potem Francuz. Kazania tak pójdą do końca. Ale wychodzę i za chwilę jestem przy ciemnym, niewielkim ogrodzie. W tym kraju bezdrzewnym muzułmanie, niechroniący żyć ludzkich, chronili drzewa. Światła oświetlają ich osiem; prastarych, rozłożystych jak wielkie polne grusze oliwek. Tradycja mówi, że modlił się On tu właśnie. Stąd od miasta przyszli tamci, aby wywieść i stawić przed sanhedryn.

Nad Cedronem, który w głębokim jarze oddziela Miasto od Góry, jak oddzielał je onego czasu, nad Cedronem i białą za dnia od nagrobków Doliną Jozafata, gdy wracam z Getsemani, trwa przeraźliwie czarna, niemal zupełnie bezgwiezdna noc. Ludzie wracają grupkami, ale jest bardzo luźno i bardzo pusto na tej drodze. Miasto jakby zmartwiało; prawdziwą ciszę miast w żałobie ma noc w Jerozolimie. Minęła mnie jakaś grupa idących, rozmawiali jakąś mową, która nawet chyba nie była arabska. Spod murów miasta oświetlony fronton Getsemani jest białą, maleńką plamą w ciemności. Tylko na prawo, niezasłonięte masywem Góry Oliwnej, pasmo szczytów zaczyna się już jakby odcinać, odcinać bardzo, bardzo powoli od blednącego jeszcze wolniej chyba nieba i bieleją u stóp jego gęste, podnoszące się ciężko mgły. Nad Morzem Martwym one wstają i za nim, za ścianą gór Transjordanii wznosić się zaczyna słońce.

Zasypia się twardo, ale trudno, jakby po jakim złym i męczącym śnie. Coś ciąży gorzej niż zmęczenie, jak hipnoza. Oczy się chowa po chwili i odwraca się od wielkiego, klasztornego okna, od bladego, smutnego świtu Wielkiego Piątku.

Droga Krzyżowa

Jest od rana deszcz i to okropne, wilgotne zimno, jakie panuje w Jerozolimie, gdy choć na chwilę nie ma słońca. Od rana też via Dolorosa idą pielgrzymki ku Golgocie. Dopadam pierwszej stacji Męki Pańskiej. Jest to ulica i tylko ulica, a na niej bielszy jakiś od innych gmach dawnego pretorium. Ale dziś przejdziemy tu tylko i przejdziemy koło kaplicy, z którą tradycja łączy cierniem Koronowanie, i koło innej na miejscu więzienia i jeszcze innej, nieco przedtem, gdzie miało mieć miejsce Biczowanie. Wszystkie te małe kaplice zalane od rana ludźmi. Nie można sobie wystawić94 tej mocy ludzi, tego jakiegoś napięcia, z jakim się tu wstaje o świcie, by być „na czas”. Idę z grupą wycieczki hiszpańskiej. Rozumiem bardzo mało ze słów szumnych i jakby klaszczących, jakimi hiszpański conducilore, franciszkanin, przypomina za każdą mijaną stacją to, co tu miało miejsce wieków dziewiętnaście temu. Ale przecież rozumie się tyle, ile trzeba. Tych rzeczy za wielkich i za ciężkich dla wszelkiej ludzkiej mowy, jedynych, wobec których nawet przecudna i przesilna prostota łaciny jest za blada i za słaba — tych rzeczy najbliżej podchodzą te iberyjsko-romańskie, a jakby nieromańskie dźwięki. Jest w nich coś, czego nie ma nigdzie indziej i czego najbardziej chyba na tej prawdziwej Drodze Krzyżowej brak, jakaś groza, jakieś przyciszenie głosu, jakieś jego niemal w krzyku bólu podniesienie, gdy się mówi o tym, co tu było. To nie jest żal, tu nie ma nabożnych i zrezygnowanych dobrotliwie wzdychań, gdy się w dalekim parafialnym kościółku obchodzi stacji czternaście tak samo, jak przesuwa paciorki koronki. Tu nie ma tego, co tam wszędzie jest i być musi — poczucia olbrzymiego dystansu, dwóch olbrzymich potężnie dystansów: Czasu i Przestrzeni.

Jest tłok, deszcz jest teraz ulewny, idziemy jeszcze wolniej. Oto tam minęliśmy miejsce, gdzie upadł po raz pierwszy pod ciężarem Drzewa, i tam, gdzie powtórnie, i tam, gdzie straże zawróciły Cyrenajczyka. W tej ulicy, pnącej się aż po nakryty kościołem krzyżowców szczyt Golgoty, postępuje nas przy sobie może z pięć, może siedem osób. Stacja idzie po stacji. Jesteśmy coraz bliżej Grobu. To takie dziwne — ale to jakbyśmy, idąc tak od stacji do stacji, ód śladu do śladu, wyszli z siebie, z tego „siebie”, którym jesteśmy, i z naszego czasu i wieku. Jakbyśmy byli coraz bliżej tamtego wszystkiego. Rokrocznie w Neapolu podczas mszy świętej odżywa podobno zaschła i trzymana w ampułce krew biskupa-męczennika z VI wieku chrześcijaństwa. Ale tu, teraz — dzieje się coś o wiele większego. Dzieje się też rzecz bardzo prosta, o której uczy z ambony każdy proboszcz w każdej deskami zabitej od świata parafii i mówi najnaiwniejsza książka do nabożeństwa: oto nie dzieli nas już od Pasji Pańskiej nic. W myśli i w modlitwy wsiąka skądś okropne znużenie prowadzonego na kaźń Straceńca i wroga ciekawość roznamiętnionej ciżby, i bezsiła tych bardzo niewielu, i cała błogosławiona a potworna owych chwil zgroza. Wsiąka to w nas jakby i przepełnia. Wsiąka starym wspomnieniem, spłowiałymi do cna przez tyle wieków opisami Ewangelii. Jest takie szare i biedne, i wybladłe jak te trochę rudawej rdzy zakrzepłej na dnie kryształowej ampułki w Neapolu. I tak samo — nie! wspanialej, potężniej, ogromniej — burzy się w nas, podnosi, wzbiera, rozkrwawia i rozpurpurza świeżą czerwienią żywej jeszcze, ledwo wyciekłej Krwi.

Wszyscy oto przeszli już wąskim pod łukami przechodem na ten niewielki dziedzińczyk przed stawianym przez Gotfryda z Bouillonu95 kościołem Grobu Pańskiego. Sam nie wiem, jak i czemu zostałem na tej ulicy, zgubiłem pielgrzymkę hiszpańską i którąś niemiecką, i jeszcze jakąś, po której szli czarni — czy się tam wreszcie wie, ile ich przeszło! U końca via Dolorosa jest teraz wolniej i przestronniej. Jest to znowu jedna z wielu wąskich i brudnych uliczek. Jak wszędzie i takie jak wszędzie kobiety wpółzakwefione noszą wodę, cenną tu strasznie wodę, w czarnych bukłakach ze skóry i w blaszanych „sześcianach” od benzyny samochodowej. Ślizgają się, idąc po oblepłych96 deszczem i lepkim błotem brukach. Jest szaro i brudno. Ale się stoi i patrzy na te krzywe, wąskie kamienie arabskiego bruku. Patrzy się i widzi je obślizgłe i od tego wilgotnego brudu niemalże czarne. Oczy wypatrują tu śladów, których nie ma od bardzo, bardzo dawna, ale o których się nie tylko wie, ale i czuje, że tu zapadły, znacząc Drogę Golgoty niezmazalną97 pieczęcią męczeńskich, krwawych plam.