Droga Krzyżowa w Jeruzalem w Wielki Piątek jest tragicznym przeżywaniem innej Drogi, ale jest przeżywaniem wzniosłym. Obraz kościoła Grobu Chrystusa Pana, miejsca, które obejmuje i sam Grób, i miejsce, gdzie zawisł na Krzyżu, jest obrazem potwornym. Jest obrazem strasznym. Jest niewymownie, niewysłowienie przykrym. To, co się dziś tu dzieje, można by wpleść tylko w propagandowo-bezbożniczy film ZSRR o religii.
Kościół, na miejscu Konstantynowej bazyliki, zbudował Gotfryd z Bouillonu. To, co tu stoi, stoi przez krzyżowców, stoi wzniesione w owej epoce, gdy rycerstwo Zachodu poszło całe bronić Miejsc Świętych. Świadczą o tym po dziś dzień cudne, romańskie, prawdziwe w swym prostym pięknie latyńskie łuki fasady. Ktoś kiedyś powiedział Turkom dumnie, że ten kościół stoi nie tylko na skale, że stoi także na stali mieczy szlacheckich. Sułtan Omar to zrozumiał — i swą prześliczną moszeę wzniósł na gruzach, o które by się żadne nie upomniały już miecze, gruzach świątyni Salomona. Ale w dziewiętnastym wieku poprzez te filary ze stali żołnierskich mieczy przepełzło i wypełniło po brzegi kościół żółte złoto greckie.
Targ w targ, układem po układzie, podstępem po podstępie, w tych czasach, gdy Petersburg ciążył nad Stambułem, i Kalwaria, i Grób, i niemal wszystko ze świętości kościoła krzyżowców przeszło we władanie prawosławia. W ich — ale i całego, choć pośrednio, chrześcijaństwa — interesie rzućmy zasłonę na dzieje tych lat zdobywania... Rzućmy ją z litości, albowiem ten sam, przemożny niedawno złotem i poparciem, Kościół smagany jest nie tylko tym, co się dzieje w Bolszewii, ale i tym, co się dzieje w zagarniętej przezeń Świętości.
W wielkiej rotundzie, pod kopułą, w centralnym miejscu kościoła stoi wysoka na cztery może metry budowla z różowego, wpadającego w brązowy kolor marmuru; jego płytami okryto grotę skalną, gdzie Józef z Arymatei gotował sobie grobowiec. Jest to kaplica latyńska i barokowa, ale całą jej górę zajęły i przesłoniły liche jako sztuka, ale liczne, ale cisnące się jeden przy drugim święte obrazy — prawosławne. Oświecały je dziesiątki i dziesiątki lamp, dziesiątki palących się świec. Mury poczerniały od sadzy. Wszystko razem — sam nie wiem czemu — przypomniało mi obrazy buddyjskich świątyń bardziej niż cudną Ławrę Peczerską. Nie poznawałem prawosławia. I nie poznawałem prawosławnych. Było to przed jakimś ich nabożeństwem i kościół był ich pełen — i wrzał w najlepsze rozmową w śmiech wpadającą. Śmieli się czerńcy i kobiety, i Arabowie w zawojach. Pod Grobem rozłożone były maty i na tych matach piknikowały sobie w najlepsze, plecami o Grób wsparte, kompanie. W paru miejscach odgrzewano coś na prymusach. Koło kaplicy Koptów, wtulonej w ścianę Grobu, jakieś dzieci podziwiane przez siedzące obok matki biegały od filaru do filaru. Cuchnęło bobem, tłuszczami, rybą, oliwkami, wszystkim, czym cuchną arabskie stragany. Po twarzach tych ludzi szukałem modlących się. Nie znalazłem.
W Troickim Soborze prawosławnym jest naprawdę całe piękno, dumne i pokorne zarazem piękno bizantyńskiego stylu i bizantyńskich obrzędów. Widzi się obrazy, które nie są szkaradą, i ludzi, którzy nie przyszli tu na widowisko bezpłatne. U Grobu można by pomyśleć, że to nie ci sami ludzie. I podobno nie są to ci sami. — To Grecy — mówił o nich z niechęcią rosyjski batiuszka. Istotnie, to byli tutejsi greccy prawosławni lub prawosławni Arabowie. Ludzie ci spędzali noc i dzień w kościele, noc do rana. Byłem w nocy, gdy tłum ten czekał na uroczystość „święcenia ogni”. Podobno jest to uroczystość wzięta, jak wiele innych przecież, z zamierzchłych, z pogańskich obrzędów. Podobno też, że dla tych ludzi to największa ceremonia Wielkiego Tygodnia. To bardzo jasne, dlaczego ci ludzie są poganie. To nie jest różnica kultur, to nie jest różnica obrządków, różnica w dogmatach, jaka leży między nimi a nami. Jest to po prostu uzewnętrzniona tylko różnica wiary. Są to poganie chrześcijańskiego obrządku, Można powiedzieć, że przemawia tu niechęć katolika do prawosławia, zawiść obrządkowa, wszystko. Można powiedzieć, że w tym określeniu tkwi jakaś dziennikarska skłonność do paradoksu. Gdyby widzieć to, co się działo w tym kościele w te święte dnie!
Nad tym najbiedniejszym na świecie, nad tym sponiewieranym kościołem ciąży inne jeszcze przekleństwo: nie darmo jest to jedyny dach, pod którym spotykają się jeszcze wszystkie — przynajmniej główne — obrządki. Jest tu w każdym kącie owa bezpańskość, jego nawy podzielono i wykrojono granicami, czas podzielono na godziny tych i tamtych. W tym dziale spadkowym chrześcijaństwa trwa ów dział żołnierzy rzymskich, żołnierzy gdzieś na tych miejscach kłócących się o suknie zdarte ze Skazańca.
Policjanci angielscy pilnują porządku cisnących się do niewielkiej i ciasnej komory Grobu. Schodzi się do niej i staje przed białą, marmurową, oszlifowaną od pocałunków ludzkich, tych ludzi koczujących w kościele, płytą. Zakrywa ona wykute w skale leże Grobu. I wtedy staje się coś takiego, jakby za tymi ciasnymi murami kaplicy nie było świątyni wypełnionej wrzawą drących się o miejsce i co tam jeszcze, kłócących się i żartujących, jedzących i śpiących ludzi. Jakby nie było tego rozbicia i rozdwojenia, i sporów, które w miejsce Turków rozsądzają znudzeni Anglicy. Tamto wszystko nie istnieje już więcej!
Po chwili, na znak dany przez czuwającego u Grobu duchownego prawosławnego, wychodzi się. W kościele jest wszystko, jak było. Wyrywają się ludzie, których aż rozpychać trzeba, Arab proponuje miejsce w urządzonej z mat „loży” w arkadach otaczających rotundę Grobu. „Lóż” jest trzydzieści dwie: są to wąskie klitki zapchane już ludźmi. Za noc, od osoby, Arab żąda pół funta i spada na dwadzieścia piastrów. Znaczy to piętnaście i sześć złotych. — Très curieux, très curieux — zapewnia. Jacyś turyści fotografują przy magnezji. U wyjścia arabscy „stróże” świątyni, grzejąc się przy węglach, grają spokojnie w jakąś grę... Z umieszczonej o piętro wyżej kaplicy, gdzie stały Krzyże, dochodzą jakieś gardłowe, półdzikie dla nas pienia. Ale teraz zapadła już jakaś zasłona między nas — a tamto wszystko.
Resurrexit
Wielka msza pontyfikalna przed ustawionym u wejścia do Grobu srebrnym ołtarzem przenośnym ma się ku końcowi. Jest jasny dzień i słońce, są inni ludzie. Jest jakieś nabożeństwo godne i ciche, i rozumne, jest jakaś wielka cisza przepełniona tym nabożeństwem.