Syjonizm jest ruchem, który wśród Żydów zwalcza asymilację, hamuje jej postępy. Nic nie mam przeciw asymilacji jednostek, asymilacji, która dała nam nie tylko Juliana Klaczkę122. Asymilacji mas żydowskich nie życzy sobie w Polsce bodaj nikt, prócz może socjalistów. Asymilacja nie leży też w interesie narodowym żydostwa. Otóż najskuteczniejszą zaporą przeciw asymilacji jest praca syjonizmu.

Syjonizm w konsekwencji zmierza do tego, by zamiast obecnego przenikania Żydów do narodowego społeczeństwa polskiego żydostwo ukonstytuowało się we własne nie tylko religijne, ale przede wszystkim narodowe i polityczne społeczeństwo. Zaryzykowałbym porównanie, z którego wziąłbym pewne tylko strony: to jakby powrót do getta. Tego społeczeństwa, zajętego własnymi sprawami, własnymi sporami, z którym nasze współżycie wiekowe nie ułożyło się w sposób, który by jedność państwową rozdzierał niegasnącymi starciami.

Nie czuję się ani na siłach, ani praca ta nie miała oczywiście na celu szukania rozwiązania sprawy żydowskiej w Polsce. Zdaje mi się tylko, że w dyskusji nad nią nikt nie chciał uwzględnić ruchu syjonistycznego, Palestyny. A przecież ruch ten ogarnia coraz zupełniej trzymilionową masę obywateli naszego państwa, a odbudowa Erec Izrael — Palestyny — jest faktem.

*

Byłem żydostwu obcy, obcy tym wszystkim, czym inni mogą mu być bliscy, a jednak są miejsca w mym reportażu pisane entuzjazmem najszczerszym. Wiedziałem, że mogą mi odebrać w oczach czytelnika polskiego ten charakter zimnej bezstronności reportera, że zrobią ze mnie bądź człowieka tendencji, bądź sentymentu. Tendencja była mi obca — a młode pokolenie w Polsce jest od sentymentu do żydostwa dalekie. Ale istnieją takie rzeczywistości, które entuzjazm zrodziłyby nie tylko dla rzeczy obcych, ale nawet dla wrogich.

Kraj zaś, który widziałem, ukazywał mi się obok swych wielkich sąsiadów historycznych.

Będąc w starym Egipcie wobec piramid uderzyła mnie ta staranność, z jaką najstarsze cywilizacje usiłowały coś z siebie przekazać przyszłości. Takie na dziesiątki wieków przed Horacym: Non omnis moriar... magnaque pars mei vitabit Libitina... Ten strach przed śmiercią znalazł wyraz w potężnym Egipcie w tych cudach świata, jakimi są mauzolea królów, mężów stanu, kapłanów, mędrców tej kultury. Ale czymżeż to doprawdy jest wobec trwalszego nad kamienie instynktu Hebrajczyków, instynktu wykształconego planowo przez ich ustawodawstwo religijne, obyczajowe, społeczne, przez ich poezję, przez pełnię ich twórczości duchowej, która potrafiła zabalsamować cały naród lepiej, niż tam balsamowano faraonów, ochronić go od wpływów zewnętrznych trwalej niż ściany z największych bloków granitu?

Nie tylko wobec Egiptu — wobec Hellady jak mała jest Judea! Konsul Flamininus. Był rzymskim magnatem, był mężem stanu i wodzem, był tym, który przegnał z Grecji panowanie macedońskie. Legiami, które wkraczały do Aten, dowodzili synowie Romy, mówiący już miękką mową grecką, wykształceni na Ksenofoncie i dyskusjach platońskich. To nie mogło pozostać bez wpływu i bez wpływu też nie pozostało. Z loży stadionu igrzysk olimpijskich proklamował konsul rzymski wskrzeszenie niepodległości greckiej.

Ta niepodległość stała się pustym dźwiękiem, nie wypełniła jej i nie mogła wypełnić żadna treść. Wskrzeszenie Hellady okazało się niepodobieństwem na wieki przed Irydionem, mimo Homera i mimo Fidiasza. Ale jest jednak podobieństwo między tą próbą zhelenizowanej Romy a jej politycznych dziedziców w dzisiejszym świecie — Anglików. Wojska marszałka Allenby123, wkraczające do Ziemi Świętej, to byli Anglosasi wychowani na Biblii, na Starym Testamencie, tyle u protestantów znaczącym. Wszystkie rozkazy lorda Allenby tchną biblijnymi reminiscencjami, wszystkie echa prasowe tej ekspedycji również. Wielka Brytania, gdy proklamowała wskrzeszenie Judei, to był to także i czyn historyczny, który miał coś z owego gestu rzymskiego konsula. I tu się analogie kończą. Hellady nie zdołano przywrócić do życia w niecałych parę wieków po Cheronei. Jak Egipt przetrwał tylko pomnikami budownictwa, tak ona przetrwała tylko heksametrami Iliady. Osiemnaście wieków nie przemieniło letargu Judei w śmierć. Z trzech starych cywilizacji Bliskiego Wschodu jest ona tą, która ocaliła najwięcej, bo naród. Deklaracja Balfoura nie podzieliła losów Flamininusowej proklamacji. A takie się to zdawało pewne, takie prawdopodobne.

Przeszłość tego kraju waha się stale między dwiema wielkimi krańcowościami, które język proroków określił wschodnio i pięknie. Palestyna bywała krajem, w którym kamień nie pozostawał na kamieniu, bywała też krajem mlekiem i miodem płynącym. Dziś jest znowu w tej drugiej fazie. Z ram historycznej przeszłości tego kraju wychodzi, większa nad nie i tak inna, era Narodzin Chrystianizmu. Ale poza Nią Palestyna zaważyła już dwukrotnie na dziejach ludzkości, raz historią hebraizmu, po raz drugi wagą wypraw krzyżowych. W obu wypadkach to, co się działo w tym małym, małym kraju, nie pozostało bez rezonansu na świat daleki. Mam wrażenie, że skutki syjonistycznego odrodzenia dadzą się kiedyś zestawić pod tym względem z tymi czasami odległymi, gdy po raz pierwszy i po raz drugi Palestyna wchodziła w dzieje świata.