Mit o tym, jakoby Palestyna żyła żebraniną składek, sztuczną infuzją złota, wali się z każdą cyfrą. Palestyna, która jest, przestała już od lat żyć z diaspory. Palestyna, która jest, i diaspora pracują razem nad tworzeniem Palestyny, która będzie: nad rozszerzeniem żydowskiego stanu posiadania w tym kraju. Kryzys osłabił możności finansowe diaspory, ale stało się to w tym samym czasie, gdy, po raz pierwszy od ery starożytnej, kraj ten stał się na nowo mlekiem i miodem płynący.

„Piękniejszy od Paryża’’

— Mówią, że Tel Awiw jest piękniejszy jeszcze od Paryża.

Mówiła mi te słowa młoda studentka żydowska w Polsce, która zapewne nie widziała Paryża, a na pewno Tel Awiwu. Hajfa. Hajfa jest cudownym miastem. Będzie wielkim portem Lewantu i pozostanie cudownym miastem. Tylko okroił się lazur zatoki o wąski i długi pas: to morze wyparto dla lanych w betonie pomostów, moli, nadbrzeża. Po tej długiej, szarej płaszczyźnie, na której pobudują się, jak w Gdyni, składy towarowe i hangary, krążą obecnie małe wagoniki z cementem na rozszerzenie miejsca przyszłego portu. Ale tuż za nim jest stara arabska Hajfa, Hajfa wąskich zaułków i obramionych portykami placyków, gdzie stada spędzonych na targ owiec wylegują się w słońcu na płytach ogromnych jak marmurowe płyty meczetowych podworców. Zaś dalej rozrosło się miasto zupełnie nowoczesne, amfiteatralne: ścianą tego amfiteatru o jednej jedynej ścianie, amfiteatru, co za arenę ma okrągły wrzez zatoki, jest porosły w oliwki i sabry długi grzbiet Karmelu. Miasto wygląda, jakby podmywało górę: zagarnia jej coraz więcej, jak gałęziami pnączy ulicami ujmuje stoki, które okryje wkrótce jakby bujnością liści szarymi i czerwonymi dachami. Ale Karmel, góra Eliasza i pustelników, nie jest zdobywana tylko od podnóży: na szczycie przez gaj pinii i cyprysów przedarła się już elipsa asfaltowej szosy, z cudnym widokiem na dalekie, zamglone, błękitne morze. Wille, pałacyki, sanatoria. Niepodobna sobie wyobrazić bardziej rozmaitego miasta: na dole, nad morzem, blaszane ściany cystern przypominają, że tędy przeciąga się gigantyczny rurociąg, którym z odległych na setki kilometrów szybów Mosulu spływać będzie wprost do okrętów nafta. Na górze zaś są najcudowniejsze dzielnice miasta-ogrodu, rozrzucone dzielnice mieszkań. Handel, szyldy, witryny, zgiełk, lady, kramy — to wszystko zamiast się rozleźć po Hajfie, skoncentrowało się u dołu, blisko portu. Pod górę drapie się wolniej, ociężalej. W tym mieście handlowym przecież, mieście o olbrzymim handlowym znaczeniu skanalizowano handel w jeden zamknięty residus12.

Ale Tel Awiw...

Ktoś w Polsce napisał, że miasto jest tandetne. I jest. Dziennikarz amerykański, którego poznałem, mówił mi, że nie lubi tego miasta. Przeciętne, trzeciorzędne miasto amerykańskie, typowe made in USA. Miał rację. Przyznawałem im obu rację. Przyznawałem ją innym, ale... Ale jest tu coś takiego, że to właśnie miasto, które jest młodsze od studiujących dziś na uniwersytetach młodzieńców, którego najstarszych kilka domów dobiega sędziwego wieku lat dwudziestu sześciu, otoczone jest jakby nimbem, jakby aureolą, jak aurą czegoś, co tworzy, że jego nazwę wymawia się w pół jak nazwę jakiegoś legendarnego, cudownego miasta, a w pół jak w tym kraju o skąpej wodzie mówi się „źródło” lub gdzieś pod biegunami „słońce”. I jeszcze inaczej: Tel Awiw, nazwa nie większego od Katowic, Przemyśla, Białegostoku młodego miasta, miasta zacisznych burżuazyjnych domków, małych fabryczek i cienistych bulwarów, Tel Awiw, ta nazwa miasta bez wczoraj, brzmi w ustach tych ludzi — i Żydów, i Arabów, i innych — bohatersko: Hastings13, Cuszima, Jemappes, Olszynka Grochowska, Radzymin. Gdy sobie to uświadomiłem, zabawiła mnie nieco ta myśl, ale tak niemniej jest. O Tel Awiwie mówi się jak o wielkiej bitwie, uwieńczonej świetnym zwycięstwem. Tak i właśnie tak. Kraj, który posiada jedyne w świecie miasto jak Jerozolima, kraj, który ma za centrum portowe rzecz tak cudną jak Hajfa, durzy się po prostu w mieście, w którym świeżo zaskrzepł asfalt jezdni, a nie wyschło wapno ścian. Tajemnica.

To miasto, którego nazwę wymawia się, jak my mówimy „Kłuszyn14”, nie ma w sobie nic gigantycznego. Najdłuższe ulice nie są dość długie i dość szerokie, by ich perspektywy nie zakrywała zieleń młodych drzew. Nowa opera jest gmachem pięknym, ale nie monumentalnym. Wielka synagoga ustępuje jeszcze operze. Związki Zawodowe mieszczą się w wielkim gmaszysku będącym, jeśli chodzi o wrażenie artystyczne, czymś godnym zamku Wilhelma w Poznaniu, z tym że jest budowany dużo taniej i robi wrażenie lichej dekoracji teatralnej. Naprawdę gmachem okazałym jest magistrat i kilkanaście większych prywatnych już gmachów. Jest to miasto niewielkich, paropiętrowych ledwo domów, za to tonących w ogrodach: żadnej parceli budowlanej nie wolno tu zabudować całkowicie. Zieleń przedziela jedne od drugich tanie i nowe domy Tel Awiwu; nierzadko w ogródku przed domem, znajdującym się w śródmieściu, spotkać można widok rozwieszonej na wietrze bielizny, jak to bywało tam „w kraju”, w Kutnie, Suwałkach... Wewnątrz mieszkań znajduje się jeszcze dużo lichych oleodruków15 czy „gobelinów” o motywach biblijnych, jak u nas. Są to ostatki.

To miasto jest wielkim stosem rozpalonym na brzegu morza po to, by przybywający tu Żyd palił na nim łachmany gett świata. Tu jeszcze słyszy się żargon16, tu Żydzi mówią jeszcze między sobą i po polsku, i po rosyjsku, i po niemiecku. Tu jeszcze spotyka się Żydów takich jak u nas, takich jak wszędzie w diasporze: brudnych i lękliwych, i z tym jakimś smutkiem, w chwilach zastanowienia, na twarzach. Tu odbywa się wielka kwarantanna narodu po dwudziestu wiekach jego nędzy. Nie ma Żyda, który przyjeżdżając do kraju, nie przeszedłby przez Tel Awiw!

Jest to szczególna kwarantanna. Zamiast być odseparowanym w barakach, człowiek tu po prostu wchodzi w życie. Tu nie on zaraża chorobą, ale jego zarażają nowym bytem. Człowiek nic innego nie robi, tylko chodzi i patrzy, nim pracować zacznie. Widzi miasto, które powstało tak szybko, jak mało które miasto na świecie... Tam, gdzie stoją banki i kina, i kawiarnie, na ulicy Lorda Allenby, zdobywcy Palestyny na Turcji, były w roku 1924 wielkie wydmy piaszczyste. Na Montefiori rosły później jeszcze rzadkie pustynne trawy. W 1909 roku Tel Awiw został miastem, pierwszym od tysięcy lat miastem, zbudowanym i zamieszkałym tylko przez Żydów. Wtedy miało mieszkańców 550; Żydzi z sąsiadującej z nim bezpośrednio arabskiej Jafy przenosili się do nowego miasta bardzo powoli. W 1919 roku było jednak mieszkańców 3000, zaledwie w trzy lata potem przybyło nowych 10 000. Dziś ludność miasta przekroczyła już 50 000. I rośnie.

Meir pochodzi z Białegostoku. Czymże był w Białymstoku? Czym miał być? Był stolarzem. Jest w Palestynie już ósmy rok. Czy mu się dobrze powodzi? Meir uśmiecha się, uśmiecha niemal filuternie ten stary Meir. Czemu ma się mu źle powodzić, komu się tu źle powodzi? A co robi stolarz Meir? Co robi? — A samochody!