Wszędzie indziej istnieją szeroko rozbudowane systemy podatkowe: Palestyna zna tylko najprostszy podatek majątkowy i politykę ochrony, a nie dewastacji podatnika.
Toteż, gdy wszędzie jest bezrobocie, w Palestynie brak rąk do pracy.
Taka była krótko odpowiedź na pytanie, skąd pochodzi obecny dobrobyt Palestyny. Dawał mi ją Bernard Hausner, konsul Rzeczypospolitej w Tel Awiwie. Staliśmy na balkonie gmachu, w którym mieści się konsulat: Tel Awiw leżał przed nami białą plamą domów i ulic, objętą roztoczą zatoki jafskiej i zielenią pomarańczowych gajów. Ale to, na cośmy patrzyli w tej chwili, to nie było morze ani kraj, lecz miasto. Patrzyliśmy, jak rośnie.
Na prawo i lewo od nas, tuż przed nami, nieco dalej i zupełnie daleko — budowano. Montefiori street — to nie są jakieś przedmieścia. Wszędzie, tu i wszędzie, gdzieśmy mogli sięgnąć okiem, nie uderzało nic innego jak to, że budują. Płowy piasek i białe kupy cementu, betonowe pale przyszłych domów, szalowanie i fundamenty wszędzie. Robiło to takie właśnie wrażenie, jakby to łachy nadmorskie pęczniały w górę i wyrzucały z siebie coś, co w innych miejscach zakrzepło już świeżymi ścianami domów.
Pierwsza rzecz, która uderzyła mnie w Palestynie, to był ogromny dobrobyt kraju. Po szarej, zbiedzonej Turcji, po kryjącej swą nędzę Grecji, od tego kraju aż bije pomyślność. Tu nie ma kryzysu. W Hajfie, wielkim porcie przyszłości, murarz zarabia 10–15 złotych dziennie. Murarze są tu przeważnie niekwalifikowani: wśród chaluców nie ma prawie ludzi, którzy choćby przez czas krótki nie pracowali jako murarze. Murarzami — to prawie że symbolicznie wygląda — były krócej lub dłużej, a może będą, dwie trzecie emigrantów ostatnich ośmiu lat. Koszt utrzymania waha się koło 5–6 złotych dziennie. Nie udało mi się nawet w przybliżeniu ustalić liczby zatrudnionych przy budowie w Tel Awiwie, Jerozolimie i Hajfie, trzech miastach, gdzie się najwięcej buduje, szacuje się ją jednak na 12–18 tysięcy. W przeważnej swej większości ludzie ci przejdą potem na rolę, a dziś, korzystając z koniunktury budowlanej, oszczędzają z myślą o tym. Przy istniejącym stosunku kosztów życia do zarobku ich możliwości kapitalizacyjne są raczej znaczne. Powiększa je jeden jeszcze moment: oto w świadomości tych przypadkowych murarzy, jak zresztą w świadomości ogółu robotników palestyńskich, tkwi odstraszający przykład robotnika amerykańskiego, który w latach koniunktury gospodarczej rozszerzył swą konsumpcję do granic zarobkowania i znalazł się zupełnie bezradny z chwilą kryzysu i bezrobocia. — U nas kadry murarskie zmieniają się szybko — mówił mi pewien młody architekt. Dorobiwszy się, odchodzą na rolę.
Nie ma bezrobocia, przeciwnie: brak rąk do pracy. Brak rąk, mimo że Palestyna, która przed wojną (odjąwszy oczywiście imigrację syjonistyczną) zaczynała niemal okazywać tendencje ku rozpoczęciu ruchu emigracyjnego, jest dziś typowym krajem imigracyjnym. W sezonie prac rolnych musiano na gwałt posłać uczniów wyższych klas na roboty rolne: do tego stopnia dochodził ów kryzys à rebours. Brak rąk mimo mas proletariatu arabskiego, który może posiada niechęć do pracy Hiszpana, ale jest też i tani jak chiński kulis. Brak rąk do pracy, mimo że olbrzymie przestrzenie sadów pomarańczowych, tzw. pardes, wymagają starannej, dokładnej, niemechanicznej uprawy. Brak rąk, mimo że obok regulowanej kontyngentowo imigracji robotniczej istnieje jeszcze, nader liczna, imigracja przybywających tu jako „turyści” i zostających na stałe w kraju. Brak rąk, chociaż w ciągu tych czternastu lat podwoiła się ludność Hajfy, a pierwotna żydowska dzielnica arabskiej Jafy wyrosła na sześćdziesięciotysięczne prawie miasto, chociaż Jerozolima rozrosła się o dwie wielkie dzielnice, kolonie rolne zamieniły się w miasteczka, szereg ogromnych robót publicznych, przede wszystkim w dziedzinie komunikacji, został już niemal wykończony.
Pełno kapitału. Jest to pierwsza refleksja, jaka przychodzi na widok tego bogactwa. Istotnie, pełno kapitału. Ale sięgnąwszy do cyfr, okazuje się, że zainteresowanie obcego, wielkiego kapitału tym małym kraikiem to rzecz, która dopiero się zaczyna. Jak dotąd, wielki międzynarodowy kapitał, przede wszystkim angielski, potem amerykański, skoncentrował się w budowie portu w Hajfie, wielkiej elektrowni Rutenberga, salinach potasowych Morza Martwego. Występuje tu zresztą obok kapitału żydowskiego. Natomiast dwa młode centra przemysłowe — Tel Awiw i Hajfa — nasiąkły nim w niezmiernie małym stopniu. W rolnictwie nie ma go zupełnie. Otóż Palestyna to rolnictwo, Palestyna — to plantacje pomarańcz, które już dziś biją na rynkach świata wszystkie inne. To wszystko to kapitał żydowski. Kapitał potężnych instytucji narodowych, zbierających po całym świecie składki na odbudowę home’u duchowego dla żydostwa, kapitał prywatny zamożniejszych warstw emigrantów. Kapitalistów na wielką skalę jest wśród nich niezmiernie mało.
Ma się z początku wrażenie, że to wszystko chyba sztuczne: wszędzie naokół nędza. Francja dusi się od złota, a przecież francuska Syria, tuż pod bokiem, przeżywa niesłychanie ostry kryzys, przeżywa go z Europą. Grecja, Egipt, Turcja, Transjordania tak samo. Palestyna wydaje się tu oazą. Jakaś szczególna ambicja, jakieś „zastaw się, a postaw się”, kazała chyba żydostwu milionowymi ofiarami stworzyć ten fenomen. Jest w tym może jakaś misterna spekulacyjna intryga, jakieś budowanie obcemu kapitałowi „na wabia”, humbug na światową skalę! Wystarcza przyjrzeć się temu nieco i okazuje się, ile w takim sądzie jest prawdy.
Palestyna powstała sztucznie. Jest to fakt niezbity. Dziesiątki lat inwestowano w ten kraj materiał ludzki i kapitał. Inwestycje te były inwestycjami niehandlowymi, nieopłacalnymi. Ludzie szli tu dla idei, jak do Ameryki szli dla zysku. Kapitał szedł tu z filantropii, ze szlachetnej fantazji magnatów pieniądza. I ludzie, i kapitał szli na przepadłe, szli w najlepszym razie na zyski niższe kilkakrotnie niż te, którymi nęciło dziesięć innych krajów. Aż dziw, że naród o tak handlowym zmyśle mógł być tak mało handlowy. Palestyna, odrodzona, Erec Izrael, kraj Izraela, jak ją zwie żydostwo, powstała sztucznie. Ale istnieje naturalnie.
Złoto, którym pulsuje ten kraj, bucha z dwóch wielkich arterii: płynie od wychodźstwa diaspory, czy to jako drobne, milionowe składki, czy to jako kapitał przywożony przez nowe fale osiedleńców. Złoto płynie jednak do Palestyny i za płody tej ziemi. To, co w Palestynie zbudowano, jest rentowne. Inwestycja niehandlowa, nieopłacalna, inwestycja łożona w chwili, gdy myślano co najwyżej o hodowli baranów czy wina, gdy mowy nie było jeszcze o wielkim skarbie kraju — pomarańczy — okazała się nie tylko opłacalna, okazała się kokosowym interesem. Zilustrujmy: cena dunama ziemi w regionie pomarańczowym wynosi dziś od 18 do 40 funtów palestyńskich. Funt równa się 32 złotym, dunam — około jednej dziesiątej hektara. Biorąc średnio, cena dziesięciny ziemi, nieuprawnej jeszcze (pomarańcze przynoszą dochód po latach czterech), a posiadającej jedynie cenną w tych stronach wodę, wynosi 6–8 tysięcy złotych. Mimo tych cen, na pomarańcze rzucili się dziś wszyscy.