Człowiek, który mówił, mówił rzeczy dosyć proste, ludzie, którzy go słuchali, byli miejskim proletariatem. A jednak po 7 minutach przysłuchiwania się nie wiedziałem absolutnie, z kim mam do czynienia: — komunista — protestancki kaznodzieja sekciarski — czy wariat.
Było coś niesamowitego w mowie, coś niesamowitego w postaci kaznodziei, coś niesamowitego w tej psychozie, z jaką go słuchali zebrani. „Czyż nie widzicie, że żyjecie w świecie potępionym, czyż nie widzicie, że to nie chleba i nie pracy wam dzisiaj potrzeba i nie żadnych sztandarów, tylko czegoś więcej. Lud musi sobie stworzyć wielką rzecz, zerwać z tym wszystkim, co mu jego wrogowie narzucali przez wieki. Oto nadchodzi nasz koniec i koniec ich wszystkich i oto musicie być przygotowani na rzeczy, które czujecie, że idą. Więc szukacie rady i ratunku, i jakiegoś nowego ustroju, i jakichś nowych praw, albo bronicie starych. Ale wszyscy wiecie dobrze, że jest to chwytanie się tonących, chwytanie się odłamów okrętu, które zatoną razem z wami. Nie ma, nie ma, nie ma ratunku. Musicie wejść w siebie i wejrzeć w siebie i stać się sobą, bo oto przyszedł czas zatracenia i czas gniewu, bo oto przyszedł czas końca”.
W tej chwili wszczął się jakiś rumor. Do mówcy podskoczył, o dziwo, jakiś mały wylękniony żydek z czarnymi niespokojnie biegającymi oczyma. Ten był na pewno wariat. Żyd zwrócił się do mówcy i rzekł: „a dlaczego nie mówisz, że my, Żydzi, jesteśmy tu prześladowani, a dlaczego nie mówisz, że nieszczęścia, w jakieście przeklęty naród wprowadzili, jest to kara Jehowy za to, coście mnie zrobili?”.
Zrazu wystąpienie żydka przyjęto śmiechem (musiał on tu być znaną postacią); później na słowa o „przeklętym narodzie” poczęto go turbować, wszczął się rozruch i nadeszli policjanci. W tej chwili doszedłem do wniosku, że dowiem się nareszcie, co zacz jest ów mówca. Komunistę na pewno zaaresztują, wariata również. Otóż policja zasalutowała grzecznie memu mówcy, który zaczął mówić dalej, natomiast wzięła pod ręce Żyda i wywlokła go z tłumu. Widziałem później jak bijąc go, gdy się opierał, gumowymi pałkami po ramieniu, odprowadzała go zapewne do komisariatu.
W tym czasie zdołałem zagadnąć kogoś z tłumu. Dowiedziałem się, że ów mówca jest to kaznodzieja anabaptysta.
Widziałem w Gdańsku wiele rzeczy, które dla wielu względów trudno opisać. To jednak było wrażenie najbardziej przejmujące. W tym mówieniu o końcu świata, który nie jest jakąś daleką wizją apokalipsy, ale staje się rzeczywistością, w tej mieszaninie pojęć religijnych i komunizujących niekiedy, rewolucyjnych i sekciarskich było już coś niezwykłego. Ale nie to uderzało najsilniej. Co było naprawdę niesamowite, to zasłuchanie tłumu. Przekupki i straganiarze, bezrobotni i urzędnicy pocztowi, inteligenci w schludnych ubraniach, młody człowiek z partnerką od tenisa — wszyscy słuchali tych słów tak, jak słucha się tylko rzeczy, których się jest pewnym, że nastąpią. W Polsce taki sam kaznodzieja byłby z lekka wyśmiewany przez urwisów. Człowiek, który podszedłby zaciekawiony zbiegowiskiem, odszedłby po chwili z lekceważącym uśmiechem i zawodem, że spodziewał się jakiejś ulicznej hecy z wymyślaniem od prowadzenia się rodziców i z „happy endem” w komisariacie. „To jakiś kiepski wariat”, powiedziano by w Polsce. Trzeba widzieć, jak słuchali Niemcy...
Po chwili odszedłem z pośpiechem. W tym zasłuchaniu było coś, co udzielało mi się samemu przerażeniem, psychozą. Przypomniał mi się wówczas ustęp z Ogniem i mieczem. Jest tam taka chwila, gdy jowialny pan Zagłoba, uciekając z kniaziówną, przebrany za ukraińskiego dida lirnika, wieści buntującemu się chłopstwu straszne czasy, jakie nadchodzą, że popłyną morza krwi, że ułożą się całe kurhany głów, że nadejdą na rodną Ukrainę nieszczęścia i klęski, jakich nie widziano od wieków. Tłum zabobonnej czerni żegna się po kilkakroć, powtarzając w przerażeniu „Hospody, pomiłuj”. Ale tam przynajmniej znalazł się jeden kozak, który rzekł: „a cóż ty, didu, kraczesz jak kruk?” Na Altstädtischer Graben w lipcu 1932 nie znalazł się nikt, kto by zaprzeczył strasznym przepowiedniom anabaptystycznego Jeremiasza.
Mimo Traktatu Wersalskiego dzięki podstępnej polityce Berlina Gdańsk jest wciąż jeszcze wciągnięty w orbitę tego świata, który wije się w konwulsjach wielkiej i ciężkiej choroby i jest w przededniu jakichś wielkich wydarzeń. Nie wiemy, czym za miesiąc, za dwa, za trzy będą Niemcy. Jesteśmy pogrążeni w tysiącach hipotez i tysiącu niepewności. Mamy w Berlinie korespondentów, mamy agencje prasowe, mamy codziennie setki komunikatów, a jednak nikt nam nie powie nic więcej jak to, że w Niemczech rzeczy idą ku jakiemuś końcowi, który być może będzie wieszczonym przez anabaptystę końcem.
Z Gdańska wyczuwa się najlepiej psychozę niemiecką. Najgroźniejsze — to nie bezrobocie, to nie hitlerowcy, to nie komuniści, to nie nędza i krach, i kryzys. Najgroźniejsza rzecz to to, że ludność niemiecka ogarnięta jest psychozą kończącego się świata, psychozą, która musi być chyba psychozą Sądu Ostatecznego.
W kraju Goethego i Kanta w chwili katastrofy gospodarczej prosperują tygodniki przygodnych „wieszczów” i prosperują „poradnie” wszelkich chiromantów i znachorów. Jest to jeszcze jeden przebłysk tego, co się dzieje w nieszczęsnej duszy niemieckiej.