W Polsce istnieje bardzo słuszne przekonanie, że nasza polityka gdańska nie była bez pomyłek. Ale wymienia się ich zazwyczaj cały szereg, drobiazgowych, szczegółowych, zapominając o najistotniejszym, jedynym wielkim błędzie. Błędem tym było, że nasze podejście do Gdańska w 1919 r. było absolutnie takie samo jak do reszty byłego zaboru niemieckiego.

Odzyskując ten zabór dzięki powstaniu i traktatom, byliśmy zdecydowani nie tylko do zerwania z państwem niemieckim, ale i z żywiołem niemieckim. Było to zupełnie zrozumiałe: żywioł ów był w olbrzymiej większości sztucznym nalotem, osadzonym przez Hakatę91 i ustawy wywłaszczeniowe. Sekundował urzędnikowi pruskiemu w wypieraniu polskości, żył tradycją walki z Polską. Odniemczenie najrdzenniejszych ziem Polski dokonało się też niemal samo.

Wyodrębniony od reszty zaboru, jako „wolne miasto”, Gdańsk nie został objęty tą akcją. Zdołał się uchować, tak jak uchował swe zabytki średniowieczne. „Gdybyśmy go byli dostali, byłby dziś równie polski jak Bydgoszcz lub Toruń” — takie się słyszy nieraz zdanie. To właśnie jest błąd.

Między „niemieckością” Bydgoszczy lub Torunia a niemieckością Gdańska istnieje zasadnicza różnica. Niemieckość tamtych była — powiedzieliśmy — sztucznym, kilkudziesięcioletnim zaledwie nalotem. Niemieckość Gdańska sięga historycznych początków miasta. Ale przy tym jest to na ziemiach Rzplitej ten jedyny bodaj kąt, gdzie niemieckość posiada tradycję współpracy z Polską. Mimo pozorów, była od tamtej diametralnie różna i różne powinno było być nasze do niej podejście. Nie zajmując Gdańska, winniśmy byli tym wyraźniej zaznaczyć, że nawet gdyby go nam dano, to uszanowalibyśmy jego naturalny charakter niemiecki w imię owych tradycji.

W nowej książce F. W. Oertzena Polen an der Arbeit92 jest obrazek, gdzie dwóch handlowców gdańskich, przybitych „wojną celną” z Polską, zastanawia się nad tym, czy by nie należało podjąć współpracy z Polską. Autor Das ist Polennie byłby sobą, gdyby swym bohaterom nie wtłoczył odpowiedzi negatywnej. „Nie!” — odpowiadają polskiej „pokusie”. I tłumaczą dlaczego. Oto — ich zdaniem — celem polityki polskiej w Gdańsku jest polonizacja jego ludności, usunięcie języka niemieckiego ze szkół, urzędów, szyldów. Na to Gdańszczanin-Niemiec odpowie „nie”. Na to nie może dać innej odpowiedzi. Ta obawa jest źródłem jego walki z Polską, choć nasze cele w Gdańsku bynajmniej nie odpowiadają tej obawie. Tę obawę podsycają w nim co dzień różnego kalibru Oertzeny.

Ale te obawy zrodziły się z niejasnego wyodrębnienia w naszym społeczeństwie problemu niemieckości w Gdańsku od problemu niemieckości na innych ziemiach Polski, zrodziły się z owych żalów, że „Gdańsk byłby dziś równie polski jak Bydgoszcz”.

Dwa lata temu „Kurier Warszawski” zajmował się krzewioną na uniwersytetach ideologią mocarstwową. Uznał ją za nieetyczny jakiś hipernacjonalizm i jako jego objaw zacytował następujący fakt: jakiś Polak w restauracji gdańskiej zwrócił się do kelnera ze słowami: „a więc musicie być Polakami”. Odpowiedź padła godna i nie lokajska: „Jesteśmy Niemcami i Niemcami pozostać chcemy”.

Autor artykułu i cytaty pomieszał był najwidoczniej dwa różne pojęcia: ruch mocarstwowy i nacjonalizm. Pan, który w ten sposób zagadnął owego Niemca, nie miał nic wspólnego z ruchem mocarstwowym, a za to wszystko z nacjonalizmem, w którym do najwyższych celów polityki podniesiona jest nie tylko kwestia przynależności narodowej, ale kwestia języka szyldu nad straganem. Dla państwa mało efektywne, dla jednostki drażliwe.

Gdy na Wielkanoc 1919 r. zajęliśmy Wilno, Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz wydał odezwę „do mieszkańców byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego”. Było to nawiązanie do wspólnej przeszłości, określenie kresowego programu Odrodzonej.

Takiej odezwy dla Gdańska nie było.