Rozeszliśmy się z tym, że ja o nic nie proszę i na nic „liczyć” nie będę, a ci panowie niczym mi nie służą. Istotnie, nie mogli mi też służyć niczym. Mogłem się od nich, owszem, i to były rzeczy cenne, dowiedzieć o warunki eksportu jaj i importu pomarańcz, mogłem dowiedzieć się pełnego składu madryckiego Korpusu Dyplomatycznego, jak są z domu żony ambasadorów i ministrów pełnomocnych, jakich marek miewają samochody, dokąd jeżdżą na golfa. Tego, co mnie interesowało, mogłem dowiedzieć się za to od niepozornej panienki, na której ramiona (trudno powiedzieć tu: barki) spadało i urządzenie wystaw sztuki polskiej, i kontakty z prasą, i jakaś akcja propagandy kulturalnej polskiej, może małej, może robionej w sposób niefachowy, może nieumywającej się do tego, co tu robili choćby Czesi, ze swymi docentami i attachés kulturalnymi, z ludźmi o odpowiednim przygotowaniu, ale akcji, która bądź co bądź była tu robiona przez tę jedną, pozbawioną rang czynowniczych150 osobę.
Wieczorem tegoż dnia byłem z panną Jeziorańską u szefa prasowego hiszpańskiego ministerstwa spraw zagranicznych: nie, tu już było inaczej. Jeszcze później, prawie nocą, poszliśmy po przepustki na front, do gmachu olbrzymiego ministerstwa wojny. Snuły się warty, biegano po korytarzach z papierami, ludzie w rozmamranych kurtkach urzędowali za biurkami: nie. Może tu były sowiety, a może dyktatura, nie wiem, ale tamten duch małych papierowych ludzi skończył się był151 już tutaj na długo. W październiku 1936 roku Madryt jest bardziej rewolucyjny niż Moskwa, bardziej fanatyczny niż Mekka, żyje tempem intensywniejszym niż Nowy York. Tylko eksterytorialne urzędnicze Soplicowo jest tu szczątkiem „cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata we łzach i krwi tonęła”152. Tylko tam świat i ważność rzeczy mierzy się kanonami, które o krok za bramą nie istnieją już więcej.
*
Są jeszcze jedne oczy polskie, które tu w Madrycie śledzą, obok nas, po swojemu, nurt dziejowych wydarzeń. Wolno im patrzeć poprzez kurz wieków, bo widziały zbyt wiele. O ich istnieniu nic nie wie polskie poselstwo, choć to by może i należało do jego działalności kulturalnej: nic nie wie nasza dyplomacja, choć persony to były nie lada, uksiążęcone poniekąd, a gdyby kiedyś jeszcze repatriowano je do Polski, to tylko między dwoma apartamentami wahałby się dla nich wybór: Wawelem i Zamkiem Warszawskim. Są to oczy małej trzyletniej infantki153, w koafiurze154 z wielkimi perłami na dziecinnej główce, bladobłękitne, słowiańskie może, nordyckie. Są to oczy drugiego zbłąkanego tu polskiego dziecka, którego nim portretował Rembrandt155, malowano dla dworu madryckiego. Istnieje tak druga polska oaza Madrytu, starsza od tamtej o trzy wieki. Parę miesięcy temu przestała być eksterytorialna, nietykalna, i może dzięki temu mogę tu wejść teraz. Jeden z arystokratycznych klasztorów żeńskich Madrytu. Długa sala, cała w mroku, spływającym z grubych murów klasztoru, z ciemnych kasetonów sufitu. Nazywała się przez całe wieki „królewską”, i wyżej od królewiczów wiszą tu tylko królowie, infanci i książęta. Patrzy Karol V, w którego państwie nie zachodziło słońce, patrzy podejrzliwy i drobiazgowy, okrutny i pobożny Filip II, nieszczęśliwy Don Carlos, zwycięzca spod Lepantu156 i bastard habsburski, Don Juan d’Austria157, patrzy jego siostra, jak on nieślubne dziecko cesarza, księżniczka i ksieni158. Dwoje dziecięcych portretów zabłąkanych w tej galerii królów, gdzie szereg numerowanych Filipów i Karolów gubi się w ludzkiej pamięci, wyszło dzisiaj na plan pierwszy, bo nie byli to infanci Hiszpanii. Te dzieci, maleńka Anna Maria i niewiele od niej większy Władysław, to principes Poloniae et Suaeciae159, dzieci Zygmunta Wazy. Jak do klasztoru ksieni Juany d’Austria160 zawędrowały portreciki polskich królewiczów? Może posłał jej w darze Filipowi II, którego tak bardzo przypominał, może tymi dwoma portrecikami sygnalizowały sobie dwa królewskie dwory przyszłe możliwości matrymonialne i potem, gdy z możliwości tych nic nie wyszło, a portreciki obcych infantów niewielką artystycznie przedstawiały wartość na dworze, gdzie malował Velazquez, odstawiono je w kąt, do lamusa i rupieciarni, jak odkładamy w kąt fotografie staroświeckie, które nie znaczą nic dla nas, choć mogły znaczyć wiele dla pokolenia naszych dziadków.
„Sala królewska” klasztoru de las Descalzas Reales161, klarysek zwanych tu „bosymi królewskimi”, była przez stulecia idealnym lamusem. Prawie nie zaglądało do niej słońce, z obcych ludzi nie zaglądał nikt. Dwadzieścia pięć zakonnic żyjących wedle najsurowszej reguły żeńskiej średniowiecza, pochodzących z największych rodzin Hiszpanii, starzało się i marło, dwadzieścia pięć kapliczek wokoło wirydarza zmieniało kolejno swe służki, coraz nowa cela podziemna otwierała swe kamienne podłogi zwłokom „bosych królewskich”, dwór, pod którego bezpośrednią opieką pozostawały, przesyłał nowe portrety dobroczyńców i pomazańców, w małym ogródku rosło wino i rzodkiewki, i wszystko tu było jak w czasach, gdy Święte Officium162 paliło swe ofiary, a z nielicznych okien klasztoru widać było wokoło płowe pola Kastylii. Spokoju nie burzyło tu nic. Rewolucje XIX w. przeszły obok, zamachy dynamitardów163 nie wysadziły w powietrze małych i grubych szybek wtłoczonych w ołowiane oprawy, republika 14 kwietnia 1931 roku164 zapomniała o małym klasztorku. Dziś, gdy pierwsi mężczyźni chodzą po nim i pierwsi obcy oglądają jego kaplice i portrety, wydaje się dziwne, że o kilkadziesiąt kroków jest ludna Puerta del Sol, jest Gran Via drapaczy nieba, są wielkie kina i w najbliższym idzie rewolucyjny film sowiecki Marynarze Kronstadtu. Krok milicjantów dzwoni po pustych korytarzach, po schodach znoszą do tego bezpiecznego schronu cenne rzeczy uniesione z innych kościołów, klasztorów i pałaców, saskie markizy w dworskim ukłonie i z wpółodsłoniętymi piersiami stawia się obok drewnianych Matek Boleściwych gotyku i żółtych, na krzyżach rozpostartych, Chrystusów. Nowi gospodarze oczyścili i pomalowali wapnem brudne korytarze, strzepali kurz, jednego tylko tknąć nie mogli — milczenia. Można by pomyśleć, że nagromadziło się ono podczas wieków szeptów i modlitw tak grubą warstwą, że wymieść go nie była w stanie nawet taka rewolucja. I raz jeszcze się nie wierzy, że obok stąd jest ulica tak nowoczesna i europejska, jak największe ulice Paryża, że płynie tą ulicą lawa rewolucyjna taka sama jak w październikowym Petersburgu, że o kilkadziesiąt kilometrów przed miastem są już pierwsze linie bojowe, baterie armat podnoszą słupy kurzu, ziemi i gruzu, karabiny maszynowe terkoczą wśród nieskopanych w popłochu kartoflisk.
Pierwszy raz widziałem Madryt w takie dni właśnie. Przyjechałem z Walencji, od strony południowej, Tobosa i Aranjuezu, przejechałem przez przedmieścia brudne, nędzne, zakurzone, jeszcze gorsze od warszawskich, i wjechałem niemal bezpośrednio na wielką ulicę, taką jak paryskie, błyszczącą marmurami odrzwi swych domów, odurzającym przepychem. Gran Via jest chronologicznie ostatnim dziełem, jakie wzniesiono w rozkochanej w budownictwie Hiszpanii, jest tym, co Hiszpania zbudowała, w najprostszym sensie budynku, w XX w., jak w w. XI zbudowała katedrę w Toledo165 a w w. XIV grenadzką Alhambrę166. Gran Via budowano rewolucyjnie. Żeby mieć wielką nowoczesną ulicę, choćby tak krótką jak ta, Madryt musiał zburzyć całą gęstwinę wyrosłych tu przed wiekami niewysokich, ciasnych, skupionych jak owcze stada kamienic, pokroić wąskie i łamiące się ulice, wytyczać wśród gruzów prostą linię szerokiej arterii, wdrążyć w grunt, gdzie tkwiły resztki tych zeszłowiecznych fundamentów, bloki zdolne utrzymać szesnaście i dwadzieścia pięter nowojorskiego Madrytu XX w. Gdy stanęły, kilka najbliższych kościołów zniknęło — w Hiszpanii po raz pierwszy — w cieniu czegoś niezmierzenie od nich potężniejszego. Gmachy banków, przedsiębiorstw przemysłowych, świątynie potasu i nafty, węgla i rud, zmierzyły swą młodą energię z przeszłością wieku. Pod niebo wyrosły ściany z wykrojonymi w nich oknami, a ludzie z tych okien po raz pierwszy w Hiszpanii zaczęli patrzeć, patrząc na wieże kościołów, nie ku niebu, a ku ziemi. Chłopi kastylscy, chłopi z dalekich prowincji zobaczyli, przebywając tutaj, że są rzeczy na świecie wyższe nad szczyt kościelnej wieży.
Gran Via przepruła dla swych drapaczy drogę przez odmęt małych domów, nędznego i starego Madrytu, weszła na wzgórze, stanęła nad miastem nędznych przedmieść, zawianych kurzem lecącym od pól na południu, rozejrzała się szczytami swych gmachów przez kraj, płaską płytę wydźwigniętą wysoko nad poziom morza, pod mróz długiej zimy i upał krótkiego lata, w półkole stokroć od niej potężniejszych łańcuchów dalekiej Guadarramy167. Tego Madrytu, w którego cieniu zdołały przetrwać klasztory „bosych królewskich” i świat, już nie królewskich, nędzarzy. Tej Hiszpanii, którą tu przyniósł wiek XX, Gran Via, jak katedry gotyckie średniowiecza, jest najlepszym, najwierniejszym obrazem. Wiek XX nigdzie tak bardzo jak tutaj, w kraju Toleda i Alhambry, nie czuł się w swym budownictwie zmuszony do dorównania poprzedniej wielkości. Tedy na szczyty drapaczy chmur wydrapały się złocone orły, rzymskie kwadrygi, lwy czy niedźwiedzie, geniusze, dźwigając globy ziemskie, obeliski azteckie, nagie kobiety ujeżdżające mustangi, cała mitologia i zoologia dobrze znana z zeszłowiecznych przycisków na biurka, pretensjonalnych brązików i kałamarzy. Cały brak smaku schyłku XIX w. przystroił silące się na amerykanizm drapacze madryckiej nowoczesności. Pod niebo sterczy to teraz równie czcze i bez sensu jak turze głowy, zbroje średniowieczne, przyłbice i gotyckie iglice tynkowych frontów niejednej kamienicy warszawskiej. Tylko że w kraju wielokrotnie od naszego bogatszym zamiast gipsu był marmur, zamiast kamieniczki — drapacz, wszystko było kilkakrotnie droższe, większe i bogatsze, i jednocześnie tym silniej podkreślało swoją bogatą szpetotę, niecelowość swej architektury, zbytek budowli nieuzasadniony żadną architektoniczną potrzebą, rażący. Fontanny Alhambry i pilastry168 klasztorów gotyckich, wszystko to miało — może kiedyś — swój sens, swój cel, wszystko to podtrzymywało coś czy podpierało, utrzymywało chłód czy dawało cień, wszystko to miało jakieś uzasadnienie, wszystko czemuś służyło. Te orły formatu biurkowych przycisków, kałamarzowe kwadrygi i azteckie uwieńczenia banków nie służą niczemu, i co jeszcze gorsza, nie służyły niczemu. Ten świat, który to wszystko w ostatnich dziesiątkach lat wzniósł i zbudował, świat kuponów akcyjnych, wielkich przedsiębiorstw i Napoleonów giełdy, którego dziełem jest Gran Via, jak dziełem kalifów była Kordoba169, zawalił się w naszych oczach bez krzyku naszego protestu. Świat drgnie, gdy kule armatnie strzaskają dom Cervantesa, zapisze każdy zniszczony obraz klasztorów sprzed lat trzystu, schyli czoła przed uchronieniem każdego obrazu Goi, każdego szkicu Velazqueza, każdej Madonny, każdego krucyfiksu. Jeśli jutro bomby zwalą dwudziestodwupiętrowy gmach na Gran Via, mieszczący najwspanialsze kino i najpiękniejszą restaurację i nazywający się Capitolem, któż zarejestruje ów wypadek na świecie poza fotografią reportera i poza właścicielem buldingu170?
*
Trzeba było dopiero wielkiego wstrząsu, żeby jednak i przez ten kanion wielkich gmachów przepłynął potężniejszy od niej nurt życia, nurt, który nadał niespodzianie piętrzącym się zbyt dumnie budowlom jakiś cel inny poza dumą. To z wysokich pięter tych domów karabiny maszynowe mogły 19 lipca nakazać milczenie wojskowym z Cuartel de la Montana171. To wielkie lokale gmachów na Gran Via pomieściły biura kwaterunkowe, aprowizacyjne, organizacyjne, jakie naraz stały się potrzebne rewolucji. To wreszcie z tarasów tych dachów, spod owych kwadryg, orłów, uskrzydlonych kobiet i azteckich obelisków, artyleria przeciwlotnicza mogła prażyć z powodzeniem i odpędzać z powrotem za Guadarramę samoloty nieprzyjacielskie. W te dni dopiero, w innym niż giełdowe i towarzyskie znaczeniu, Gran Via stała się centrum Madrytu.
Pochody idą miastem, rozwleczone, olbrzymie, z mnóstwem czerwonych transparentów, z mnóstwem czerwonych sztandarów. Pochodów jest za dużo i w pochodach przez miasto jest za dużo ludzi młodych. Coraz głośniej grzmią przeciwko temu dzienniki, coraz więcej odzywa się przeciw temu głosów. Za dużo, nawet jak na lud, jest tu potrzeby wykrzyczenia się, za dużo, nawet jak na lud południowy, jest tu potrzeby gestu i teatru. Pod plakatami los fusiles para el frente („karabiny na front”), przedstawiającymi milicjantów, którzy z karabinem beztrosko zasiadają w kawiarni, widać czasem obrazek będący dokładną repetycją172 piętnowanej sytuacji z plakatu. Zbyt wiele walki o nią. Dwa wielkie związki zawodowe, grupujące w sobie po parę milionów mas robotniczych w Hiszpanii — jeden socjalistyczno-komunistyczny „Unión General de Trabajores”, drugi syndykalistyczno-anarchistyczny „Confederación Nacional del Trabajo” — wciąż ścierają z sobą. Trwa targ o teki „rewolucji proletariackiej nr 2”, targ o teki, jakby nic się nie zmieniło od czasów kortezów173 Romanonesa174 i Daty175, kulis parlamentarnych i partii, targ o teki, jakby o kilkadziesiąt kilometrów i bliżej nie było tanków, samolotów, żołnierzy z „Tertio” i Maurów176 gen. Franco.