Stara kobieta wydobyła mosiężny garnczek, biedny i zabrudzony, i zaczęła go jednocześnie wręczać nam i ocierać. Jej pośpiech i uniżoność, nieludzka, psia, uniżoność zwierzęcia, które bito, musiano bić, była czymś okropnie przykrym. Zaczęliśmy szybko mówić, że nam nie o to chodziło, ale gdy pomyśleliśmy, że dalej zaczną cały dom przewracać, powiedzieliśmy szybko, że musimy zdążyć na czas do deputowanego B... Formuła okazała się zrozumiała i skuteczna. Po chwili byliśmy już na dworze. Mielimy ochotę uciec z tego domu. Tymczasem nasz towarzysz powiedział nieco obrażony:
— Nie wiem, czemuście się tak cackali, to znani faszyści. Myśmy tu dwóch synów tej tam rozstrzelali...
— Jej dwóch synów? — spytaliśmy.
Ale to już nie było niespodzianką.
— Za co? Falangiści?
— Nie: tak w ogóle faszyści. Mieli po dwadzieścia trzy i osiemnaście lat. Na pewno byliby z tamtymi. Znani faszyści. Ten mały tam pozostał: on ma tylko dziesięć lat. Pozbywamy się tylko tych, co mogą z nami walczyć.
Robotnik przejrzał wreszcie przyczyny naszego skrępowania. Odtąd był chyba pewny, że my się jednak — kto tam przedtem ich wiedział — nie poskarżymy B..., iż nam nic w Carpio nie dano, i na pewno zaczął odczuwać pewną wyższość nad słabo nerwowymi inteligentami z zagranicy. Odzyskał wobec nas autorytet. Umyślnie popisywał się surowością: rewolucję trzeba robić dokładnie, towarzysze, po chłopsku. Zaprosił nas do siebie. Nie mogliśmy odmówić, ale byliśmy tu jak bezwolni. W mieszkaniu, które nie było wcale uboższe od tego, gdzieśmy byli przed chwilą, wyciągnął z dumą butelkę francuskiego szampana — z piwnicy administratora księcia Alby — i nalał nam do szklanek. Piliśmy z przykrym wrażeniem, że mimo wszystko bierzemy w tym, co się dzieje, udział. A także — żeby o tym nie myśleć. Robotnik wznosił toasty i uśmiechał się do małego synka. Ściskał nam mocno ręce i przepraszał, że nie umiał dogodzić, ale że on wszystko szczerze, z serca. Było ciemno na dworze, na pewnym odcinku drogi ze względu na bliskość frontu musiano pogasić światła, mżył deszcz. Przy kolacji deputowany B... pytał się, czy znaleźliśmy, cośmy chcieli, i bardzo się dziwił, że wracamy z niczym.
Byłoby nieściśle powiedzieć, że z Carpio wracaliśmy z niczym. Wspomnienie tego dnia bardzo długo kazało nam o sobie myśleć. Najgorzej, że nie układało się w żadne proste szablony, że nie dzieliło wyraźnie na winnych i niewinnych, zbawionych i potępionych. Najgorzej, że człowiek, który nachodził mieszkanie swych ofiar („Ja stąd coraz to coś sobie biorę na gospodarstwo” — powiedział nam nawet), miał ujmujący uśmiech, gościł nas jak braci i głaskał po głowie małego synka. Najgorzej właśnie, że ten człowiek nie był ani degeneratem, ani okrutnikiem czy sadystą, że takich ludzi jak on musi być w tym kraju setki tysięcy i że niestety, poprzez takich ludzi najzwyklejszych, najspokojniejszych, rozlewa się tu co dnia męka i śmierć. I nie wiedzieć, gdyby przyszło takich ludzi sądzić, gdzie szukać przyczyn tej zbrodni, która dla nich nawet nie istnieje: we krwi, w jakimś okrucieństwie rasy, przemawiającym dziś poprzez stulecia pozornego uśpienia, w ciemnocie, która ich trzymała w biedzie, w pożądaniu, czy wreszcie w nauce, która zakreśliła granice klas i programów i powiedziała: „Wstań, idź, zabijaj”.
Cerro Muriano
Następnego dnia odbyliśmy dosyć daleką wycieczkę na inny odcinek frontu. Kordoba znajdowała się wówczas jeszcze w uścisku bardzo bliskich pozycji czerwonych, obejmujących ją z trzech stron. Montoro panowało nad ramieniem obcęgów zaciskających się koło miasta z jednej strony, Cerro Muriano222 z drugiej. Stąd podróż tam i z powrotem zajęła cały dzień. Mżył deszcz wczorajszy, tylko jeszcze gęstszy i przykrzejszy. Jedliśmy obiad w gospodzie większego puebla, gdzie jak nam opowiadano, wymordowano przeszło pięciuset zebranych z całej okolicy faszystów. Być może zresztą opowiadający przesadzali, ale to właśnie chełpienie się i prześciganie i tak dość krwawej rzeczywistości mówiło już wiele. Ludzie pomordowani nie byli oczywiście żadną magnaterią, jak nie byli nimi ani uwięzieni pod Valdepenas, ani ludzie z El Carpio. Parę razy wspomniano nam o pewnych rodzinach jako „faszystowskich”. Słowo „faszyzm” powtarzano ze szczególną lubością: trochę tak jak jakieś bardzo miejskie słowa, jakieś „ewentualnie” czy „absolutnie”, u nas na wsi. Może przyjmowało się jeszcze i dlatego, że zwalniało w sposób magiczny od wszelkich wyjaśnień i usprawiedliwień. Myślę, że bardzo często ludzie zabici za swój faszyzm i ludzie zabijający innych za ich faszyzm nie potrafiliby pod grozą śmierci i wszelkich możliwych kar wytłumaczyć, czym jest ów faszyzm naprawdę. Słowo to przypominało tu wspólny dół, do którego pospołu i po prostu wrzuca się ciała wszystkich rozstrzelanych. Niestety, czuło się na każdym kroku, że ten dół posiada otchłanie większe od przepaści Sierry Moreny. Bez trudu mogliśmy sobie wyobrazić, że po drugiej stronie linii bojowej jest drugi taki dół wspólny, o dnie i sensie równie ciemnym dla tych, co weń padają, i tych, którzy weń wtrącają, że tamten dół z kolei nazywa się komunizmem, tak samo jest jedyną rzeczą wspólną wszystkich, których się weń wtrąca, i wreszcie tak samo przerasta przepaście.