Żołnierze są lepsi, częstują nas koniakiem i mówią, że i tak jesteśmy pierwszymi dziennikarzami, których widzą na linii. Co prawda, nie było tu jeszcze dziennikarzy lewicowych. Kto był odważny, jest dzisiaj w szeregach.
— Nie trzeba bać się kuli, która gwiżdże — powiadają — taka już przeszła, już niegroźna. Macie tu jedno szczęście: naprzeciwko nas nie ma Maurów i żołnierzy, tylko formacje falangistów. Ci strzelają niezbyt celnie.
Strzelanina urywa się chwilami i potem znowu rozgrzewa. Biały dom jest niedaleko: okna ma do połowy wysokości zakryte ciemnymi workami. Właśnie zza nich prażą falangiści. Zwłaszcza nocą ogień nie ustaje. Trafiały się wycieczki ku okopom: tam w rowie przed nami leżą ciała ciemniejszą, zlewającą się z ziemią plamą. Podobno, gdy wiatr dmie stamtąd, czuć rozkład. Trzeba by je podlać benzyną i podpalić, ale trudno wyjść w dzień, a nocą ognisko zwróci uwagę.
Po półgodzinie wracamy. Po chwili kule znowu zaczynają bzykać nad głową. To zwykle ostrzeliwa się wszystkich idących lub wracających z okopu. Moja towarzyszka idzie z piękną odwagą, ani głową nie ruszy. Przed nami żołnierze przy schronie patrzą. Trzeba się wziąć w garść. Idę tak wolno jak mogę, oglądam się, rozmawiamy. Jak dziwnie można zagadać nerwy! Jeszcze dziesięć, jeszcze pięć kroków. Oglądamy się za siebie, żegnamy podniesieniem pięści żołnierzy, którzy patrzą za nami z okopu. Patrzę jeszcze na biały dom, z którego pojedynczo idą strzały. Byłoby jednak głupio od nich oberwać. Oficerowie ściskają nam życzliwie dłonie. W sztabie u dróżnika nikt nie uśmiecha się złośliwie i nikt nie proponuje zostania na noc. A nuż przyjmą?
Potem Pedro znad kierownicy opowiadał, że ulubioną rozrywką kapitana jest wyprowadzić dziennikarzy na dobry ogień i patrzeć, jak zwiewają z powrotem, i że pytano się o nas przez telefon do schronu, ale powiedziano, że nie. Słuchaliśmy opowiadania, byliśmy jednak bardzo radzi, że jesteśmy znów w samochodzie, w drodze do Montoro. Wieczorem dano mi gościnę w innym niż poprzednio domu, ale takim samym jak ten, w którym przespałem moją pierwszą noc w tym miasteczku zajętym po wygnanych czy zabitych „faszystach”. Tak samo były tu meble i obrazy w najtandetniejszym, drobnomieszczańskim stylu niemieckim. Moim towarzyszem przygodnym był młody dziennikarz madrycki, raczej jednak mała rybka niż wybitna persona. Przy tej okazji miałem sposobność zauważyć, że on również powiększał przy okazji zasób swej kolekcji rzeczy cudzych, aczkolwiek w odróżnieniu od p. B... interesowały go głównie nie tyle dzieła sztuki przeszłych wieków, co przedmioty bardziej współczesnej użyteczności. Znowuż chciałbym, aby czytelnicy wzięli pod uwagę, że w pojęciach kraju i wydarzeń wojennych układało się to, przynajmniej w pewien sposób, w kategorie łupu. Cieszę się, że w niedalekiej stamtąd miejscowości, niejakim Marmolejo, opowiedziano nam, że domy rozstrzelanych „faszystów” zostały zamknięte, opieczętowane i oddane pod straż milicji. Czyn władz ludowych z Marmolejo zasługuje niewątpliwie na wyróżnienie, zdaje mi się jednak, że reguła wydarzeń prowincji hiszpańskiej była przecież odmienna.
Powrót do Grenady
Montoro opuściliśmy nazajutrz, około południa, ruszając na bardziej czynne w tym czasie odcinki frontu pod Grenadą i za Malagą. Ostatnim wydarzeniem była głupia, ale w innych wypadkach może niezbyt wesoła przygoda. Przed śniadaniem poszedłem sfotografować parę rzeczy w miasteczku. Wszedłem na wieżę kościoła, skąd po zezwoleniu warty wojskowej zrobiłem kilka zdjęć, ale kiedy schodziłem, zatrzymał mnie niewysoki, krępy człowieczek z fuzją na ramieniu, milicjant służby porządkowej. Nie pomogły ani przepustki i zezwolenia, ani wstawienie się warty, lecz ponieważ wezwał mnie tylko do stawienia się u alcalda227 Montoro, więc poszedłem. Alcalde rezydował w jeszcze jednym opróżnionym z właścicieli-„faszystów” domu, ale o tak wczesnej godzinie — dziewiąta rano — spał w najlepsze. Usłyszawszy to, powiedziałem, że idę na śniadanie do sztabu wojskowego: mój człowieczek niechętnie powlókł się za mną. Pierwszy z brzega oficer powiedział mu, że może sobie odejść do bardziej produktywnych dla republiki zajęć, a na uwagę, że moje zdjęcia z wieży mogą posiadać niebezpieczne znaczenie strategiczne, dodał jeszcze, że sąd w tej sprawie niech pozostawi bardziej kompetentnym w strategii. Gdy jednak po trzech kwadransach wyszliśmy na miasto z panną Jeziorańską, człowieczek dybał już na nas i zaprosił do alcada. Poszliśmy cierpliwie, ale alcade jeszcze i teraz nie powstał był z martwych, wobec czego wyszliśmy drugimi drzwiami. Po chwili na ulicy ujrzeliśmy naszego człowieczka, który szedł za nami krok w krok. Wszystko było dobrze, pókiśmy kupowali coś w sklepach, kiedy jednak chcieliśmy skręcić ku kwaterze wojskowej, człowieczek rozsierdził się zupełnie, a na besztanie mojej towarzyszki wymierzył do niej z fuzji. Teraz już myśmy poszli do alcada, który na nasze szczęście kończył toaletę, z resztkami mydła na twarzy zapoznał się ze sprawą i oczywiście kazał utrapieńcowi oddać się właściwym zajęciom. Wszystko to było raczej niemiłe, a poza tym jeszcze i niemądre, ale dawało obraz, jak wiele przesadnej może, lecz czujnej surowości wykazali pociągnięci do odpowiedzialnej służby rewolucyjnej najprostsi i najciemniejsi.
Jechaliśmy, jak poprzednio, z powrotem przez Bailen, ale stąd rzuciliśmy się już zupełnie na południe. Od Jaen, panującego ze swych wzgórz warownych nad okolicą, rozpoczynały się prawdziwe góry: w ich wnętrzu, za tymi dolinami, które trzeba było przebywać, skrętami drogi wdzierającej się coraz wyżej, leżała historyczna Grenada. Nad wieczorem byliśmy już wysoko, panował zupełnie górski chłód, motor pracował ciężko, wciągając nas pod górę. Okazało się niemożliwe, zwłaszcza w tych dzikich okolicach i przy bliskości frontu, zrobić tego dnia więcej, zatrzymaliśmy się więc na noc w niewielkim góralskim pueblo, tyle tylko, że leżącym przy drodze kolejowej. Sterczały nad nim, jak zabytek lepszej przeszłości, potężne mury kościoła i jeszcze potężniejsze ruiny zamku. Kwaterowało tu moc wojska, odsyłanego przez ten punkt przyfrontowy z linii bojowej lub przeciwnie, dosyłanego stąd do okopów. Przypadkiem znalazła się i cała grupa hiszpańskich dziennikarzy, przeważnie młodych i dość trzeciorzędnych. Zajęli się jednak nami, zaczęli nas oprowadzać, pokazywać mizerne zresztą rezultaty lotniczego bombardowania z przedwczoraj, piorunować na faszystów. Moja towarzyszka zmęczona pozostała z nimi w prymitywnej gospodzie, ja wyszedłem jeszcze, już prawie po nocy, z jednym z nowych znajomych, który dobrze i pewnie mówił po francusku. Pamiętam, że był to Andaluzyjczyk. Odbijał od innych swym typem, zupełnie czarnym, przy południowej śniadości cery pozbawionej najlżejszego rumieńca. On jeden nosił też zwykły hiszpański płaszcz żołnierski, bardzo charakterystyczny: szeroki, niezapinany z przodu, ale narzucony, jak tunika rzymska, przez głowę, opadający w olbrzymich fałdach.
Podeszliśmy najpierw do kościoła. W głównej nawie, wysokiej i wielkiej, paliło się pod filarami kilka dużych ognisk. Rozsiedlili się tu żołnierze, grając w karty, potłuszczone i wymięte, przyglądając się, jak inni z aluminiowego wojskowego kubka wyrzucali, także grając, duże sześciany kości. W bocznej nawie, zupełnie ciemnej — bo światła z ognisk pełzały nisko po ziemi, ginąc w olbrzymim gmachu — tuliły się jakieś postaci. Stanęliśmy w miejscu. Od środka kościoła dolatywał gwar rozmów, przerywanych jakimś okrzykiem, trzask dopalających się polan, suchy stukot wyrzucanych na posadzkę kości. Ciemna nawa dyszała tymczasem ściszonymi szeptami ust mówiących coś wprost w inne usta i głębokim, prawie rytmicznym sapaniem zmęczonych ciężkich oddechów. Z tulących się kilkunastu par nie ruszyła się na nasz widok żadna. Odszedł mnie nawet pierwszy gwałtowny wstrząs. Widok kojarzył się dziwacznie z zapamiętanymi wrażeniami wieczorem z dużych folwarcznych obór, bydła w mroku i cieple przeżuwającego żmudnie i głośno całodzienną strawę. Wrażenie, jakie pozostawało, było to wrażenie potrzeby, zwierzęcej i pierwotnej, wyżywającej się żywiołowo, męcząco i ciężko. Dalej nikt nie oderwał się od uścisków.
— Elles aiment faire celà a l’église228 — powiedział głośno, w formie uwagi, Andaluzyjczyk. — Dawniej najchętniej na cmentarzu. Cóż pan chce — westchnął na mój odruch — Andaluzja? Władza wojskowa? Nie sądzi pan, że ma inne kłopoty na głowie? I że wreszcie tym ludziom z frontu także się coś należy?