Przypomniałem sobie, że przecież ja fotografowałem właśnie tanki i mówiłem z tankistami po rosyjsku. Ale Namuth najspokojniej odpowiedział:
— Zgadza się. Fotografowałem tanki. Powiedziano mi, że nie wolno i oddałem rolkę.
Człowiek wdrążał się dalej:
— Ale pan był tutaj z innym dziennikarzem, który mówił po rosyjsku. Pytam, jak się nazywa ten dziennikarz?
— Luis Fisher — powiedział niespodzianie Namuth.
— Kto to taki? — indagowano dalej.
— Luis Fisher? — dziwił się teraz Namuth. — To długoletni korespondent amerykański w Moskwie. Stąd mówi po rosyjsku. Mieszka w hotelu „Gran Via”. Vous pouvez vous renseignez335.
Myślałem, że przyjdzie kolej na nasze paszporty. Ale człowiek uspokoił się. Znowu zwrócił się bardzo grzecznie, choć bardzo stanowczo:
— Przepraszam, ale państwo nie mogą być tutaj. Przepraszam, ale proszę odjechać.
Mówił to wszystko po francusku, poprawnie, bardzo obco. Francuszczyzna chrzęściła w jego ustach, trzeszczała w swych miękkich spojeniach, prawie jak ta skórzana kurtka, którą miał na sobie. Czuł się w niej niezgrabnie skrępowany. Odjeżdżając, miałem ochotę zawołać naraz swobodniej: „Doswidanja, towariszcz”336. Obejrzałem się. Tanki ruszały właśnie, poczynały podpełzać pod niewielką wyniosłość gruntu.