*

Nic się nie zmieniło wskutek tego, że dawne grunta gminne rozdano z woli postępowych liberałów nowym panom, że dawne grunta kościelne rozdrapali liberali516 Izabelli II. Nie wyrosło nic innego prócz narybku nowych magnackich rodów, nowych latyfundiów, nowych grandów, nowych przeciwstawień. Nic się nie zmieniło, choć wojny domowe w Hiszpanii XIX wieku trwały lat czternaście — tyle co rewolucja francuska — nic się nie zmieniło, choć kolejno następowały monarchia absolutna i konstytucja, regentki i regenci, trzy dynastie, republika z trzema prezydentami. Nic się nie zmieniło, choć lokalne zamieszki trwały lat siedemnaście. Żaden z krajów na świecie — prócz Polski Ludwika Mierosławskiego — nie wierzył w to tak święcie, że rewolucje nie znaczą nic, jeśli nie są krwawe. Żaden z krajów na świecie nie przeszedł swej „modernizacji” tak krwawo jak Hiszpania XIX wieku. „Ale cóż się zmieniło?”, pyta Unamuno. Cóż się zmieniło w okresie, gdy dziesiątki innych państw, skandynawskie, anglosaskie, zmodernizowały się dziesięćkroć silniej, gdy wyrosły — Włochy Cavoura517, Niemcy Bismarcka — nowe mocarstwa, gdy krwawej „modernizacji” Hiszpanii towarzyszyło tylko odłamywanie się coraz to innych gałęzi jej amerykańskiego drzewa? Jakżeż po stu latach tej mierosławszczyzny i sarmackiego rewolucjonizmu wyglądał kraj najbardziej krwawej rewolucji — Hiszpania Alfonsa XIII?

Powiecie: „To prawda. Ale prawdą jest, że prócz Hiszpanii i Polski jeszcze gdzie indziej w pierwszej połowie XIX wieku, w erze ponapoleońskiej zwłaszcza, mieliśmy tajne związki i spiski wojskowe, masonerię i karbonaryzm, że paralelą do Nocy Listopadowej był nie tylko bunt generała Riego, ale i owocne powstanie belgijskie, że krajem spisków były Włochy i Grecja, a także Niemcy.” Tak, to wszystko prawda. Tylko że we wszystkich tych krajach były jeszcze dwa inne czynniki, o niezgłuszonej przez tamte działalności. Był człowiek „szary” i „mały”, który pracował, gdy inni myśleli, ciułał, gdy inni spiskowali, masą jemu podobnych ciułaczy powiększał bogactwo narodowe, gdy inni walczyli. To może nie była Grecja XIX wieku, ale to były Niemcy i Włochy, czyli państwa, które swój wiek XIX zrobiły najlepiej. Dalej, był człowiek „statysta”. Jeszcze na Węgrzech rewolucjonista Kossuth518 był większy od Szechenyiego519, ale już we Włoszech, obok Garibaldiego pojawił się większy od niego Cavour, a w Niemczech wszystkich germańskich Riegów i Wysockich przesłonił Bismarck. Słowem był ktoś, który zaczyn rewolucyjny, ferment myślowy, ustabilizował, zawarł, wykorzystał. Była społeczna masa, w którą, jak w ciasto, można było ów ferment wlać, która, jak ciasto, mogła go była rozprowadzić, zużyć. — W Polsce brakło i piekarza, i ciasta. Polska nie miała ani jednego Cavoura, ani masy Wokulskich. — W Hiszpanii było to samo.

Późniejsza wstawka

„27 grudnia. Pojechałem za Guadalaharę. Deszcz i śnieg. Na froncie spokój, wbrew pogłoskom. Dojechałem do sto czwartego kilometra drogi na Irun. Przed i za Alcala de Henares fortyfikacje. W Guadalaharze oficerowie rosyjscy. Zatrzymałem się w domu dróżnika, sztab odcinka. Żona straciła dwóch synów: jednego po tej, drugiego po tamtej stronie. Dzieci jedenaścioro. Jedno jeszcze przyjdzie”.

Prowadziłem (dla zorientowania się później w rozkładzie materiału) notatki. To jest właśnie taka notatka. Dziś, gdy do układu książki ją czytam, nic już z niej nie jest aktualne ani ważne. Dużo się zmieniło w Hiszpanii, nie ma już może domu na sto czwartym kilometrze od Madrytu na Irun. Przypomniała mi się tylko ta kobieta. Jakże to było?

Był rzeczywiście śnieg i deszcz. Ruchoma strzałka na szybie auta pracowała, zmiatając nalot mokry, ciężko. Zatrzymano nas. Zeszliśmy do domu, postanowiliśmy się pogrzać. Było kilkunastu żołnierzy, porucznik, kapitan. Grzano się przy wielkim ogniu w środku izby. Był olbrzymi komin hiszpański i zapadał mrok. —

W pewnym momencie za mną, z góry, coś poczęło trzeszczeć. Popatrzyłem. Były schody. Bardziej drabina niż schody. Schodziła z nich właśnie powoli, ostrożnie bardzo, jakaś kobieta. Nie widać było zrazu nic więcej poza nogami i grubym, ciężarnym brzuchem. Dopiero potem ukazała się twarz, niemal stara. Ciąża była już bardzo posunięta. Żołnierze oglądnęli się i zamilkli. Kobieta miała na głowie czarną, żałobną płachtę. Była żoną czy krewną dróżnika. Zeszła i poszła do dalszych izb, w swych czarnych szatach, ociężałym krokiem.

— Wie pan — powiedział porucznik — to zaciekła dewotka. Miała syna, który był po tamtej stronie. Karlista. Zabito go tu, gdy się przemykał z powrotem. Co chciał, nie wiadomo. To było po nocy. Ona przyznała, że jej syn. I na nią było wiele. Mieliśmy ją nawet sądzić. Sądem polowym. To krótko, choć to ciąża... w tych sprawach. Ale oto drugi jej syn padł pod Alcorcon. Pan wie, wtedy. Po naszej stronie. Był członkiem partii od tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego czy wcześniej. Tak mówiono mi, tego nie wiem dokładnie. Rozumie pan, zwolniono ją zaraz oczywiście. Pogrzeb syna miał honory wojskowe. —

Kobieta w chwilę potem przeszła tak samo, ciemna, obojętna, przy nas. Znowu wdrapała się ciężko na strome schody, windując w górę strudzone, niezdarne boki. Popatrzyłem jeszcze za nią. Porucznik wrócił do tematu: