Prezydent, zamyślony, odpowiada:

— Czego my pragniemy, czego chce Euskadi, to być panem swego losu, móc z całą swobodą rozwijać własną kulturę narodową we wszystkich dziedzinach — wszak nawet teraz, podczas wojny, stworzyliśmy nasz własny uniwersytet — i nie być w tym krępowanymi przez nikogo. Uznawać prawa przez nas samych stanowione czy przez nasze legislatywy uznane. Oto cel. My szukamy obecnie formy, w której najlepiej, z najmniejszym nakładem ofiar, można by go urzeczywistnić. Jaka będzie ta forma, zależy w dużej mierze od Hiszpanii. Jeśli zobaczymy, że obecna autonomia jest szanowana, że związek z Hiszpanią nie krępuje nas już narodowo, zbliży nas to do Madrytu lepiej niż siła. Gdyby było inaczej... Jeśli będzie inaczej... W takim wypadku będziemy wiedzieli, że po to, aby żyć jako naród, trzeba posiadać pełną odrębność państwową. Zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jest to trudne. Wolelibyśmy spokój, zgodę i nasze prawa. Ale posiadanie tych praw cenimy ponad wszystko.

— Lecz teraz, ze statutem, jeśli wasza sprawa zwycięży, nastanie spokój, będziecie mieli przed sobą ogromne zadanie. Prawie państwo. Prawie odrębność. Prawie jak my, jak Czesi w roku 1918. Co wtedy myślicie uczynić?

W biurach za ścianą stukają maszyny do pisania, pracują gorączkowo biura zaopatrzenia frontu. Wstukuje się w naszą rozmowę wojenna aktualność chwili. Ale mój rozmówca przekracza ją myślą. Mówi o tym, co będzie do zrobienia w tym kraju po wojnie. Tyle rzeczy. Skonstruować owo quasi-państwo z kantonów historycznych, federacyjnych, demokratycznych. Kontynuować, ale rozszerzyć, zogromić pracę chrześcijańskich syndykatów robotniczych, które tutejszej masie robotniczej dały dojrzałość społeczną nowocześniejszą i wyższą niż w całej Hiszpanii. Jeszcze prawie połowa ziem tutejszych to dzierżawy. Zamienić i tę resztę na właścicieli, na małe górskie farmy. Podbudować wolność polityczną narodu wolnością gospodarczą jednostki. Przygotowano już dokładny plan wykupu tych ziem przez tych, co je uprawiają...

— Wykupu? — wtrącam.

— Pana to dziwi, że wykupu? — pyta Prezydent. — A tak. Wykupu. Nasz chłop ma głębokie poczucie prawa. On nie chce daru. Nie chce zabrać. Chce mieć, móc wykupić. Otóż my postaramy się o to, żeby nasz chłop miał tę możliwość. Damy mu ją, i pełną. Pieniądz, jaki zapłaci, pójdzie zresztą do miasta, rozwinie jeszcze nasz przemysł, usunie z niego obcy kapitał, postawi nowe warsztaty pracy. Ten kapitał będzie pracował i dawał pracę. Będziemy baczyli, aby warunki pracy, jakie stworzy, były słuszne, były chrześcijańskie.

— A miasto, Panie Prezydencie? Robotnicy? Przemysł? Uspołecznianie?

— Nacjonalizować będziemy to tylko, co dojrzało do nacjonalizacji, co ze względów na swój monopolistyczny charakter, na użyteczność publiczną, do tego się nadaje. Będziemy jednak od początku pilnie dbali, aby pieniędzmi wyciąganymi z podatków nie sztukować dziur, które w gospodarstwie państwowym uczyni gospodarowanie rozrzutne, lekkomyślne, nieekonomiczne. W moim przekonaniu takie gospodarstwa nie tylko, że nie ułatwiają postępów prawdziwego socjalizmu, ale go kompromitują. Socjaliści niekiedy uważali, że należy i tego bronić. My tego błędu nie popełnimy. Co potem? Mamy już prawodawstwo robotnicze, będziemy tę sprawę rozwijali dalej, ale tak przede wszystkim, żeby sam robotnik odczuwał jej skuteczność. Budownictwo robotnicze, szkolnictwo, oświata, kultura mas — oto rzeczy już u nas zaczęte. Delegaci biorą już udział w zawiadywaniu naszym przemysłem. Przerażało to z początku wielu. Okazało się, że wszystko funkcjonuje sprawnie. Syndykaty myślą o współudziale w zyskach. Ale my tutaj nie musimy myśleć za robotników. Okazali swą dojrzałość w dniach przełomowych i niezależność swej myśli. Myślą o sobie sami, w ramach kraju. Decydować też będą i własne formy znajdą sami. Oczywiście, jesteśmy małym krajem zgubionym w wielkim świecie. Ale niesiemy z sobą jedną z najstarszych tradycji, ciągłości rozwojowych tego świata. Mamy wytyczone wyraźnie linie naszego dalszego rozwoju, narodowe, chrześcijańskie, tradycyjne. Może jak mała Szwajcaria, będziemy w swym skromnym bardzo zakresie użyteczni światu.

Prezydent zatrzymuje się na chwilę, po czym ciągnie dalej:

— Jutro pan zwiedzi nasze szpitale, urządzenia zdrowotne, zobaczy pan, co uczyniono tu dotąd dla robotnika, dla kobiety i dziecka. Są to dzieła deputacji Biskai, jednej więc tylko prowincji. Zobaczy pan, ile można było zrobić w ramach skromnego samorządu. Mam nadzieję, że oceni pan ten wysiłek: nasze prawa do self-government659 musi, niestety, nasza młodzież wywalczać karabinem. Ale to nie karabinem, lecz naszymi szkołami, urządzeniami sanitarnymi, szpitalami i klinikami, sierocińcami i żłobkami, miłością bliźniego, realizowaną jako obowiązek społeczny, kraj ten upomina się o prawa samostanowienia, pokazuje, jak umie się rządzić.