Epilog
Mieszkamy w małej hostellerie w Ciboure, tuż przy pustym o tej porze roku Saint Jean de Luz, w kraju wciśniętym w Pireneje, opartym o granicę hiszpańską. Mam tu całą swoją bibliotekę hiszpańską, książki, wycinki gazet, zapiski, notatki. Na obiad schodzimy do dużego pokoju, który latem przygarnia kilkadziesiąt osób, a teraz jest prawie pusty. Stałymi gośćmi poza nami są tylko dwie młode kobiety, w grubej czarnej żałobie. Takich kobiet jest wiele tutaj. Wiele także słyszy się mowy hiszpańskiej. Obie przychodzą do stołu, jedzą, a skończywszy, odchodzą zaraz, bez patrzenia na siebie, bez słowa. Spotyka się je na spacerach nad morzem, przy poczcie, przy kiosku z gazetami. Są bardzo podobne do siebie, w tej urodzie, milczeniu i czerni. Tylko listonosz wie nieomylnie, której pani trzeba oddać „Diario de Burgos”, a której walencjański „El liberal”.
Nie wiem, kogo straciły te kobiety i po kim noszą żałobę. Nikt tego zresztą nie wie w pensjonacie. Wiemy tyle, że straty musiały być ciężkie, że kobiety te musiały widzieć rzeczy straszne. I że uciekły z dwóch różnych terorów Hiszpanii. Wiemy także, że obie mają jeszcze jakieś nadzieje czy spodziewania, że tak samo wyczekują wieści stamtąd. Niekiedy od morza niesie się daleki, ledwo dosłyszalny, huk armat. To może być pod Ochandiano lub pod Lequeito, może być na oceanie, może nawet przed Saragossą. Echo potężnieje w górach, rozlewa się falą po morzu. Spotkamy je w takie dnie na brzegu, skąd widać już hiszpańską Fuenterrabia, tak samo milczące, tak samo nadsłuchujące. Wiemy, że jeśli padnie Madryt, jedna z nich zdejmie przecież żałobę, że będzie się jeszcze kiedyś śmiała kaskadowym śmiechem Hiszpanek. Wiemy, że jeżeli Madryt nie padnie, druga zrobi to samo. Ale wiemy i to także, że jedna z nich nie zdejmie jej już wtedy nigdy. Żałoba wrośnie w nią silniej jeszcze, krzywda mocniej sknebluje usta, nienawiść pozostanie większa jeszcze niż przedtem. I oto jest Hiszpania.
Książki, które mam ze sobą, dopełniają mi jeszcze obrazu. Wiem teraz, że na białych w ostatnich wyborach, w tych, które dały zwycięstwo Frontowi Ludowemu, więcej głosów padło na prawicę niż na lewicę. Czemuż w takim razie rządy objęły lewica? Dlatego, że hiszpańska ordynacja wyborcza jest, podobnie jak dawna polska, jak obecna belgijska, czeska, rumuńska, szwedzka, proporcjonalna. Listy jednolite otrzymują pewien procent mandatów poselskich więcej niż listy idące luzem. Lista zaś Frontu Ludowego była wielką listą federacyjną. Skupiła anarchistów, marksistów różnych odcieni, lewicowych republikanów. Inne listy szły do wyborów oddzielnie. Na nie razem padło głosów więcej, ale posłów otrzymały mniej, rządy objęła lewica Frontu Ludowego. Co to znaczy? To znaczy, że w Hiszpanii stały na wprost siebie dwa obozy, jeden skonsolidowany i mniejszy, drugi nieskonsolidowany, ale większy. To tak jak te dwie kobiety w czerni, które żyją tu pod jednym dachem, ale na siebie nie spojrzą. To znaczy, jak głęboko przeszło pęknięcie obecnego kataklizmu, jak bardzo przepołowiło Hiszpanię.
Posłano mi tu z kraju szczególną paczkę książek. Wszystko ważniejsze, co literatura polska ma o Hiszpanii. Czytam to teraz na nowo, bo wszystko to znamy dobrze wszyscy, ale czytam to inaczej. Jakby już miał w uszach dźwięk, ton, tego, co jest naprawdę Hiszpanią, i jakby to były klawisze fortepianowe, na których dobieram tego tonu, próbuję go odegrać. Czytam bohatersko-krwawe, lubieżno-okrutne strony Popiołów, walkę uliczną w Saragossie, nocne spotkanie Krzysztofa Cedry, zdobycie klasztoru San Engracia, opisy które wydawały się takie bujne, takie silne, tak bardzo ton chwytające. I oto ta cała hiszpańska klawiatura żeromszczyzny nie odbrzmiewa. Wiem teraz, że to nie tak zdobywano klasztor San Engracia, nie tak dokonywano gwałtów i mordów, świętokradztw i wyzwoleń, że wielki pisarz stworzył Hiszpanię operową, Hiszpanię z Carmeny i Baedeckera. Jak to się stało, że on właśnie? Jest dziwno. Jak to się za to dzieje, że Mickiewiczowska ballada o Almanzorze, taka wypłowiała, wyżymana komentarzami szkolnymi ze wszelkiej krwi, napływa naraz życiem, oddaje prawdziwy, hiszpański ton? Dlaczego, czytając te strony deklamowane u nas przez dzieci, odrasta we mnie wspomnienie tamtej grozy? Dlaczego przypomina mi się wtedy taka czaszka ludzka, opalona w żarze, ale tak, żeby skóra głowy i włosy pozostały zachowane, przypięta jako mascotte do batalionowego auta w Pozuelo? I owa noc w Madrycie bombardowanym, gdy dopiero wróciwszy do domu, spostrzegłem, że mamy buty na nogach staplane obficie w krwi?
Kończę moje prace hiszpańskie literaturą, literackością. Nie statystyką, nie ekonomią. Dlaczego? Bo oto sądzę, że trzeba ponad to wszystko dać pewien ton, brzmienie, smak, koloryt Hiszpanii. Trzeba go dać na rzeczach najbardziej znanych, na naszej lekturze powszedniej. Almanzor, tak. Popioły, nie. Ale w wielkiej klawiaturze literatury polskiej czuję długo, że przecież jeszcze jest coś pozornie tej Hiszpanii obcego, a hiszpańskiego, bardzo hiszpańskiego, hiszpańskiego jak sama Hiszpania. Dwóch ludzi, którzy nigdy o Hiszpanii nie pisali, ale w których wizji jest cała Hiszpania, choć obywa się bez Carmen i Don Juanów702. Więc hiszpański jest cały Pan Wołodyjowski. Czytajcie to na nowo, myśląc o Hiszpanii, jeśli chcecie wiedzieć, czym jest Hiszpania! To ten Azja Tuhaj-bejowicz, wysmagany batogiem za młodu, mszczący się po latach, długo i powoli rzezający nożem gardło starego pana Nowowiejskiego. To te dziewczyny rozdzielane wodzom tatarskim, katowane, gwałcone, odprzedane ciężarne. To ponura zemsta młodego Nowowiejskiego, to Azja konający na palu, z oczyma wyłupionymi świdrem wachmistrza Luśni, sam pozostały na stepie, „świecący długo”. To ów rycerz chrześcijański, głowy kozackie ścielący wianuszkiem u stóp krzyża, to ta waśń Kozaka i szlachcica, która zelżeje chyba na galerach tureckich. To w powietrze wysadzony Kamieniec Podolski, sienkiewiczowski Alkazar. Chcecie wiedzieć, kto w Polsce czułby jeszcze Hiszpanię, gdzie w literaturze polskiej jest więcej obecnej Hiszpanii niż w „telegramach własnych” polskiej prasy? Zajrzyjcie do małej książeczki wielkiego pisarza, którego grób zakopiański dawno trawą porasta. Ten koń na wzgórzu obdarty ze skóry przez cofające się wojska Budionnego703, ta siostra, która przed hańbą rzuciła się do studni, ciało o cembrowiny krwawiąc, ten los skautów polskich Kijowszczyzny w 1920 roku, krwawe i wielkie obrazy Eugeniusza Małaczewskiego704 — oto jest jeszcze Hiszpania.
Przez całą książkę odsuwałem grozę, krew, śmierć. Były dla mnie koniecznością, naturalnością rewolucji. — Nie ma przewrotów bez przelewu krwi, bez krzywdy. Trzeba patrzeć ku temu, co z tej krwi użyźniającej wyjdzie. — Czy wyjdzie? Oto teraz pytanie wątpienia najgorsze. Wiek XIX Hiszpanii znał przewroty krwawsze niż rewolucja francuska, życie państw Ameryki Południowej odmierzane jest periodycznymi rewolucjami, a jednak kraje te pozostały daleko w tyle od jakiejś Danii, Szwecji, Finlandii nawet, krajów, które nie znały barykad, które nie spalały się w męce cudzej i własnej, ofierze z innych i z siebie, jak spalała się, jak jeszcze spala wielkim, niegasnącym pożarem rewolucja hiszpańska. — I ostatnim obrazem Hiszpanii stają się jednak te dwie co dzień widziane kobiety, młode, piękne, w czerni żałoby, w milczeniu zaciętości, pod jednym dachem, u jednego stołu, a przecież wrogie już sobie na śmierć i na zawsze.
Przypisy:
1. Portbou — nadmorska miejscowość w Katalonii, w płn. Hiszpanii, tuż przy granicy z Francją. [przypis edytorski]
2. Un instant, s’il vous plait (fr.) — Proszę chwilę poczekać. [przypis edytorski]