— Uwaga, oto jest!
Reflektor znieruchomiał. W kole światła ukazał się wy niosły wał, znikający po obu stronach poza zasięgiem jasności. Lśnił tłusto i czarno jak grzbiet wieloryba. Masa ta zapełniająca płytkie koryto skalne, wznosiła się ponad kamienne brzegi, odległe od siebie o kilkanaście metrów. Jej powierzchnia falowała powoli, a poszczególne okresy rozszerzeń i skurczów napływały z prawej strony i znikały p lewej.
— Perystaltyka — szepnął ktoś.
Arseniew szedł wierzchem długiego głazu jak kładł? w kierunku czarnej masy. Stanął na samym końcu, tak i mógł dotknąć jej nogą. Kleisty bryzg przylgnął mu do but Otoczenie dotkniętego miejsca zafalowało. Miarowy rytm, jakim dotąd poruszała się cała masa, zatracił się. Powietrze drgnęło. Powiew przeleciał wzdłuż ścian, a połyskująca bryja zaczęła się powoli piętrzyć, nasuwać na siebie guzowat półpłynna, chwilami sztywniała, aż wysunęła szeroką, rozlewającą się wypustkę na kraniec płaskiego głazu, na kt rym stał Arseniew.
— Ostrożnie, profesorze! — zawołałem. Nieruchomo oczekiwał nadchodzącego. Czarna maź dotknęła jego butów, cofnęła się i nagle jednym rzutem otoczyła je, a z mgły wysunął się wielki garb, jak fala dobijająca do brzegu. Teraz ktoś drugi, zdaje się, Rainer, zapalił swój reflektor. Profesor krzyknął i targnął się wstecz. Czarne błoto oblało go niemal po kolana. Nowy, potężny skurcz przeleciał przez masę.
— Wstecz, profesorze, wstecz! — krzyczałem. Nie mogłem pojąć, czemu stoi jak wrośnięty w kamień. Zgarbił się, plecy drgały mu, jakby podnosił ciężar. Najbliżej stojący Sołtyk dopadł go z boku i pociągnął, ale potknął się i zleciał z głazu niemal po pas w czarną kipiel. Wydał zdławiony okrzyk.
Oburącz porwałem linę i pociągnąłem z całej siły. Rainer chwycił niżej. Szerokie zwoje leciały, klaszcząc, na kamienie. Ujrzałem w świetle latarki twarz Sołtyka — była konwulsyjnie wykrzywiona. Czarna rzeka parła szerokim frontem na wybrzeże, ale byliśmy od niej szybsi. Porwałem Sołtyka za ramię, drugą ręką chwyciłem Arseniewa, a Rainer pomógł mi wspiąć się na zbocze. Obaj wyratowani prawie nie poruszali nogami, opierając się na mnie całym ciężarem. Jeden z nich dyszał jękliwie.
— Jesteście ranni? — spytałem, przestraszony tym, że wciąż milczą.
— Dalej, dalej, na górę! — krzyczał Rainer. Ruszyłem wlokąc obu towarzyszy. Ledwo stawiali nogi, jakby zmieniły się w drewniane kikuty. Nareszcie Arseniew pierwszy odzyskał głos:
— Uderzenie… elektryczne… — wyjąkał mocując się ze zdławionym gardłem.