— Na szczęście to stworzenie nie miało jeszcze do czynienia z dobrym włóknem syntetycznym — rzucił Rainer.

— Jak to stworzenie, czy pan uważa, że ta czarna maź żyje? — zawołałem zdumiony.

— Sądzę, że to jest rzeka żywej protoplazmy. Widział pan przecież, jak poruszała się, jak reagowała na dotknięcie usiłując pochłonąć to, co ją poruszyło. O mały włos byłoby się. jej udało.

— A więc pan myśli, że ten… że to… — nie umiałem dobrać zaimka — że to jest jakieś zwierzę? Coś jak węgorz elektryczny, drętwa?

— Drętwy są na Ziemi, a my — na Wenerze. Nie zwierzę i nie roślina, lecz po prostu żywa plazma.

— W głowie mi się nie mieści, żeby to mogło żyć — powiedziałem. — Przecież i woda w rzece się rusza, a nikt nie nazwie jej żywą.

— To jest spór o słowa — zauważył Arseniew. — Ta masa posiada pewne cechy żywej substancji, ale nie wydaje mi się, żeby miała… czekajcie, cóż to za syczenie?

Zmierzch zapadał coraz szybciej. Robiło się ciemno. Już od paru chwil miałem wrażenie, że dzieje się coś dziwnego, ale dopiero po słowach Arseniewa usłyszałem syk, którego źródło musiało znajdować się w pobliżu. Spojrzałem na przegub — i westchnienie zatrzymało mi się w gardle. Na lewej ręce nosiłem kompas magnetyczny, którego nie używałem, bo zastępował go znacznie pewniejszy żyrokompas systemu Sperry. Spojrzawszy na kompas magnetyczny zobaczyłem, że jego igła, świecąca zazwyczaj jako nafosforyzowana strzałka, zmieniła się w koliście rozmazane światełko, gdyż wiruje z niesłychaną prędkością, wydając cichutkie, lecz ostre brzęczenie.

— Patrz pan, profesorze…

Wśród chmur pojawiły się lotne rozbłyski. W mroku wisiały obłoki, srebrzyste, bezwładne jak brzuchy śniętych ryb. Upiorny, bezkierunkowy poblask legł na ziemi. Cały teren zdawał się topnieć i rozpływać. Atmosfera przybrała cudaczny wygląd: wysoko rozrastały się fałdziste draperie, chwiejne słupy, stając się kolejnymi źródłami mętnosreb — rzystego jarzenia. Wreszcie cała okolica błyskała na przemian: to wyższe, to niższe warstwy pary rozświecały się bezgłośnie, a w tym trzepotaniu szarych cieni i perłowych rozbłysków tu i ówdzie krążyły ogniste miotełki i kule, bardzo wolno opadające w aureoli fioletowych iskier. Mimo woli zwolniliśmy tempo marszu. Słyszałem, jak Arseniew mówił do Rainera, że to rodzaj burzy elektromagnetycznej.