— Zwróć pan uwagę na rytmiczne przygasanie blasku. Było tak rzeczywiście. Obroty igły kompasowej jeszcze bardziej się wzmogły, ale co parę chwil zmieniały kierunek, a przeskokom z jednego wirowania w drugie towarzyszyło przygasanie upiornego brzasku. Napływały wysokie obłoki, widzialne poprzez mgłę, tak potężne było ich światło. Niepokoiła mnie panująca zupełna cisza. Zdawała się zwiastować coś złego. Arseniew przestał mówić z Rainerem o jonizacji, fotonach i orbitach elektronowych. Zatrzymaliśmy się w rozproszonym świetle, które gasło powoli, a zarazem jakby przysiadało, opadając na grunt, gdy tymczasem wysokie warstwy atmosfery zalegał mrok coraz czarniejszy.
Wciąż jeszcze dookolne powietrze trwało w martwym bezruchu, lecz stamtąd, z wielkiej wysokości, dobiegać począł, zrazu niezmiernie daleki, głuchy poszum, który przeszedł w niskie zawodzenie.
— Obawiam się, że będziemy musieli wrócić do wąwozu — powiedział Arseniew. Staliśmy, niezdecydowani, co robić. Wtem powietrze rozdarło wycie, podobne do tego, jakie wydaje pikujący samolot. Mgła zakołysała się i popłynęła. Znikły ostatnie rozproszone ogniska elektrycznej poświaty. Z mroków runął potężny wicher. Ledwośmy ustali, chwytając się za ręce. Ktoś zapalił latarkę. W słupie światła mgła nie kłębiła się już, lecz mknęła wartko jak strumienie mętnej wody wypuszczone ze stawideł.
Nikt z nas nie przemówił słowa. Zawróciliśmy i pchani straszliwą wichurą biegliśmy, potykając się i zataczając, z powrotem, w stronę wąwozu. Wicher świszczał przeraźliwie w antenach hełmów; powietrze, spęczniałe i twarde jak wydęte płótno, biło w plecy łopocąc fałdami kombinezonów. Pędziliśmy tak nie wiem jak długo, aż zamajaczył w ciemnościach pozornie nieruchomy obłok, wirujący w miejscu z zawrotną szybkością. Był to wir zgęszczonej mgły, powstały między brzegami wąwozu. W miarę jak schodziliśmy w dół, ciśnienie wiatru słabło. Jego niewidzialne porywy wydawały nad rozpadliną odgłos żagli chwytających raptownie wiatr. Posuwając się na oślep, skupiliśmy się pod skalnym nawisem. W białym słupie światła, które zapalił jeden z towarzyszy, mgła kotłowała się jak wrzątek. Nad nami, na pogrążonej w ciemności równinie, rozlegały się przejmujące zawodzenia, skowyty, pianie i chichot. Zdawało się, że walczą tam całe stada hien i szakali. Wtem mroki zalśniły na mgnienie, jakfr; mgłę wypełniła płonąca rtęć. Zagrzmiało. Huk nakrył nas jak wieko. Zarazem poczułem drobne, lekkie uderzenia na ramionach i rękach, a w promieniu lampy zabłysły pędzące skosem krople.
Deszcz!
Bębnienie nasiliło się. Wiatr nie zawodził już w górze, lecz wył ogłuszająco. Deszcz nadchodził siekącymi falami. Przywarliśmy ciasno do skały.
Woda ściekająca po hełmach i skafandrach lśniła w blasku reflektora. Wokół zaczęła się tworzyć spieniona od deszczu kałuża. Wtem skała odezwała się gęstym werblem. Równocześnie usłyszałem dźwiękliwe uderzenia w hełm. Padał grad.
Tego tylko brakło — pomyślałem.
Grad wielki jak fasola tłukł w hełmy nie robiąc nam szkody, ale oślepiał lodowymi odpryskami.
— Chodźcie tu, do mnie! — zawołał Arseniew.