— Zupełnie słusznie — odparł z zadowoleniem astronom — proszę, zaraz ożywimy jedną „mrówkę”…

Fizyk położył „stworzonko” na ebonitowej płycie pod ekranem dużego aparatu radarowego i, manipulując rękojeściami, skierował na nie snop niewidzialnych fal.

— Były porządnie zaśniedziałe — mówił tymczasem Arseniew — powstały tam rozmaite zwarcia i spięcia, nie chciały początkowo działać, ale kiedyśmy je oczyścili, odezwały się niemal wszystkie… o, spójrzcie.

Powiedział to zupełnie spokojnie, a ja osłupiałem.

„Mrówka” drgnęła i uniosła się wysuwając cieniutki drucik. Fizyk obracał ekranem radarowym, podnosił go, opuszczał, zataczał nim kręgi, a „mrówka” posłusznie powtarzała wszystkie ruchy, kierując zaostrzony koniec z drucikiem w stronę ekranu.

— Każdy taki przyrządzik posiada, jak powiedziałem, kryształek z serią utrwalonych drgań — mówił Arseniew. — Dopóki nie zostanie wzbudzony, spoczywa nieruchomo. Wzbudzić zaś można go za pomocą fal radiowych, i to właśnie o zakresie kilkucentymetrowym, w jakim pracują nasze radary. Kiedy tam, w Martwym Lesie, zbliżył się pan do „swojej” metalowej „mrówki”, fale wyrzucane przez ekrany pańskiego hełmu wzbudziły ją. „Mrówka ożyła” i zaczęła nadawać. Kiedy zaś oddalał się pan od niej bądź odwracał głowę, fale już jej nie trafiały i przyrządzik się wyłączał. Posiada on proste urządzenie, oparte na zasadzie wariometru, dzięki któremu ustawia się dokładnie w kierunku pęczka fal wzbudzających. Czy to jasne?

Skinąłem w milczeniu głową. Ostatnia moja hipoteza rozpadła się w gruzy. Postanowiłem, że odtąd na dobre zrezygnuję z ich tworzenia.

— A więc to nie jest „istota”… — odezwałem się po chwili.

— Oczywiście, że nie.

— A co to może być?