— Tego nie wiemy. Kolega Lao — Czu sądzi, że w taki sposób mieszkańcy Wenery utrwalają wiadomości…

— Ach, więc to byłoby coś w rodzaju książki?

— Albo płyty, filmu czy może listu… w każdym razie rodzaj dokumentu, którego treść można w razie potrzeby odtworzyć.

— A czy te drgania… prawda, przecież „raport”, słynny „raport”, też był spisany w drganiach… może te są takie same?

— Jak pari widzi, nie ma tu profesora Czandrasekara. Już od dwu godzin stara się za pomocą Maraxa odpowiedzieć na to pytanie. Na razie musimy się uzbroić w cierpliwość…

Gdy wracałem do Centrali, minąłem kabinę Maraxa. Chciałem do niej zajrzeć, lecz powstrzymał mnie wielki czerwony napis „Cisza”, płonący nad drzwiami. W Centrali by! wciąż jeszcze Oswaticz ze swoim Euklidesem. Poszedłem więc na górę, do stacji śluz, włożyłem skafander i wyszedłem na grzbiet rakiety. Noc stała czarna i mroźna.

Zaświeciwszy ręczny reflektor przekonałem się, że mgła znikła. Biały krążek światła pomknął po lodzie, wzniecając połyskliwe refleksy, aż zgubił się pośród niewyraźnych kształtów, oproszonych cienką warstwą śniegu.

Zgasiłem latarkę i usiadłem na pancerzu. Przez jakiś czas nie widziałem nic. Musiałem wyłączyć radar, gdyż jego ekran oślepiał paląc się zielonkawym owalem w głębi hełmu. Powoli oczy zaczęły przywykać do mroku. Ciemność dookoła miała różne stopnie nasilenia; największa była nisko nad horyzontem, gdzie domyślałem się gór. Niebo przedstawiało się jako czerń ledwo dostrzegalnie bledsza. Nie było na nim nawet tej poświaty, jaką rzucają na Ziemi chmury, oświetlone z wysokości Księżycem. Z dołu, od powierzchni lodowej, płynęło ciche potrzaskiwanie. To lód krzepł i wypychał w górę kadłub rakiety. Dotąd patrzałem na północ, w stronę przełęczy. Odwróciwszy się na południe, spostrzegłem mżący, popielaty brzask. Początkowo myślałem, że to złudzenie, ale wytężywszy wzrok zdołałem rozróżnić wierzchołki gór na szarawym, niewyraźnym tle. Było tam trochę światła, ale tak mało, że patrząc zbyt długo, zawahałem się, czy w ogóle coś widzę. Musiałem przymknąć na chwilę powieki i, nagle je otworzywszy, przekonałem się, że to nie jest złudzenie, że tam tli się niezmiernie słaba, lecz rzeczywista szarość.

Powróciłem do wnętrza rakiety, zostawiłem skafander w komorze śluz i zszedłem do dolnego korytarza. Czerwone światło nad kabiną Maraxa już nie płonęło. Uchyliłem drzwi. Obok pulpitu o liniach przypominających dzwon stały na podtoczonym wózku aparaty, w których poznałem wzmacniacze kaskadowe i zwyczajny głośnik radiowy. W kabinie było czterech uczonych. Fizyk siedział skulony przy aparacie, astronom nieco dalej, odwrócony do mnie plecami, w takiej pozie, jakby oglądał coś w mroku pomiędzy uchylonymi ściankami izolacyjnymi Maraxa. Czandrasekar stał w kącie. Obok niego Rainer, oparty o rurę konstrukcji, obu rękami zakrywał twarz.

Wszyscy milczeli. Nieruchomość ich była tak dziwna, że nie ważyłem się przemówić. Lao — Czu, który spostrzegł mnie pierwszy, poruszył się. Arseniew podniósł głowę mrugając jak oślepiony.