— To pan?
Stałem wciąż przy drzwiach.
— Niech pan wejdzie… — powiedział Arseniew. Zdawało mi się, że Chińczyk patrzy na mnie jakoś szczególnie, ale to tylko światło odbłysło w jego okularach.
— Udało się…? Odkryliście coś? Co? — spytałem. Lao — Czu potrząsnął głową.
— Nie, ale… profesor Czandrasekar zrobił pewną próbę… pewne doświadczenie, które dało… dziwny rezultat.
Tak to powoli powiedział, że mnie ciarki przeszły.
— Co to znaczy?
— Można jeszcze raz? — spytał Chińczyk. Nikt się nie odezwał. Przekręcił wyłącznik wzmacniacza na wózku. Rozległ się głuchy szum, potrzaskiwanie, potem kilka nieprzyjemnych, opadających raptownie gwizdów. Nagle z głośnika popłynęła melodia. Mroczna, skupiona, gwałtowna i pełna trwogi. Nie budziła lęku, lecz była nim samym; lęk był w niej jak w olbrzymich szkieletach gadów jurajskich, zastygłych w poczwarnym skurczu, tak jak je przychwycił strumień rozpalonej lawy i na wieki zatrzymał w pozie pełnej niewypowiedzianego bólu i przerażenia. Była jak te olbrzymie kości, które przestały już być kręgosłupami i żebrami, już nie należą do życia, a jeszcze nie stały się skałą wapienną, częścią martwego świata. Jak one, była równocześnie dziwaczna, wstrętna — i bliska, wywołując wrażenie niemal człowiecze. Chciałem krzyknąć: Dość, dość, wstrzymajcie to! — ale ust nie mogłem rozewrzeć i słuchałem porażony, jakbym przez szkło oglądał konwulsje potwora głębinowego o dziwacznych, niepojętych kształtach, o którym nie wiem nic — prócz tego, że ginie.
Poszarpany chór raz jeszcze zagrzmiał i zgasł. Już tylko głośnik szumiał miarowo pod prądem.
Milczałem i towarzysze milczeli, gdzieś w dole słychać było delikatny szelest pracującego mechanizmu. Długo trwało, zanim odważyłem się spytać: