— A może… dziewięćdziesięciu?
— Raczej nie. Chyba gdyby temperatura znacznie się podniosła… a co pan ma na myśli, profesorze?
— Gdyby temperatura znacznie się podniosła… — powtórzył bardzo powoli Chińczyk. Usiadł.
— Czy myśli pan… — zwrócił się do niego Rainer, lecz Arseniew powstrzymał go gestem.
— Nie przeszkadzajcie mu. On nas teraz nie słyszy.
Historia ta zrobiła na mnie takie wrażenie, że zapomniałem o dalekiej łunie, której odblask widziałem w ciemnościach, stojąc na grzbiecie pocisku. Nazajutrz i w ciągu następnych dni niebo błyskało cichymi wyładowaniami elektrycznymi i odległego blasku nie można było dostrzec.
Wielka plama
Przez szesnaście dni ciągnęły się badania wysokich warstw atmosfery. Mówię „dni”, chociaż dolina spowita była ciemnością, bo organizmy nasze zachowały dwudziestoczterogodziny rytm snu i czuwania. Wraz z fizykami ustawiałem na grzbiecie rakiety przyrządy radarowe i reflektory promieni ultrafioletowych. Wypuściliśmy też kilka balonów — sond, które rejestrowały natężenie jonizacji, a umieszczone w nich automatyczne nadajniki przekazywały nam rezultaty pomiarów. Rainer krzątał się w laboratorium robiąc analizy minerałów zebranych w Martwym Lesie. Czandrasekar zaś przesiadywał w kabinie Maraxa, pochłonięty jakimiś skomplikowanymi obliczeniami. Z niecierpliwością oczekiwałem świtu, do którego odłożono poważniejsze poczynania. Pogoda wciąż była mroźna. Lód rozpościerał się na jeziorze idealnie gładką powierzchnią. Sprzyjała temu zupełna cisza. W ciemnościach smużyły pośród chmur migotliwe blaski, przypominające widzianą przez chmury zorzę polarną. W dwudziestej dobie przeszła nad doliną potężna burza elektryczna. Lód trzeszczał i pękał, podważany falami, ściany rakiety drżały, gruboziarnisty grad grzechotał po jej bokach i grzbiecie, ale najsłabsze drgnienie powietrza nie wtargnęło do zacisznego wnętrza. Nazajutrz wszystko ucichło i przy zmniejszającym się mrozie — rtęć w termometrze podniosła się do czterech stopni poniżej zera — barometr zaczai opadać. Zbliżał się świt, a z nim nowa potężna burza. Arseniew zarządził start. Kiedyśmy po raz ostatni stali na grzbiecie rakiety, niebo nalewało się ołowianą, ciężką szarością. Tępy odblask legł na lodach skuwających jezioro. Potem klapy zamknęły się i zahuczały motory. Lód pękał z gromowym odgłosem, rozpadał się na kawały, wzlatywał wysoko ponad dziób Kosmokratora. Pocisk zamiótł wodę płomieniami i zostawiwszy za sobą zbielałą smugę wrzątku uniósł się stromo w powietrze. Z mroków, rozdartych ogniem wylotowym, wyłoniły się widmowe sylwety gór i pełne granatowych cieni przepaście. Wzbijaliśmy się śrubową linią coraz wyżej przez grube pokłady chmur. Nagle wszyscy stojący w Centrali zasłonili twarze rękami: w telewizorach zapłonął biały, rozżarzony dysk nurzający się nisko w obłokach. Lecąc na wschód spotkaliśmy Słońce o kilka godzin wcześniej, nim wzeszło nad doliną.
Kosmokrator skierował się ku Ziemi, jakby zamierzał wyruszyć w otchłań dzielącą obie planety, ale nawigatorzy wprowadzili go tylko w strumienie fal radiowych, które niosły nam wiadomości z domu. Przez kilka godzin unosiliśmy się w próżni, pod czarnym niebem, pełnym gwiazd, od tak dawna nie widzianych. Potem Kosmokrator, jak pływak szukający dna, zanurzył się w chmurach. Od czasu do czasu otwierały się małe luki denne, z których na długich kablach opuszczano pomocnicze anteny radarowe. Aparaty indukcyjne poprzez mgłę poszukiwały złoży metalu. W obu laboratoriach analizatory drgań rejestrowały i rozszczepiały fale odbijające się od niewidzianej powierzchni gruntu. Z instrukcji, którą otrzymałem objąwszy dyżur nawigacyjny, zorientowałem się, że zmierzamy ku dolinie Białej Kuli. O jedenastej zjawił się w Centrali Arseniew. Był jakiś roztargniony, odpowiadał na pytania po dłuższej chwili, jakby myślał o czymś innym. Obejrzał przyrządy i polecił mi szczególnie uważać na wskazania grawimetra.
— Jeżeli zajdą jakieś zmiany, proszę mnie natychmiast zawiadomić — powiedział.