— Na pewno nie zajdą, profesorze — odparłem — bo nie będziemy robić więcej niż trzy czwarte kilometra na sekundę.

— To nie ma nic wspólnego z naszą szybkością. Zdziwiony, nie mogłem się powstrzymać od uwagi:

— Jakże to? Przecież grawimetr wskazuje natężenie grawitacji, a siła, z jaką przyciąga nas Wenera, jest zawsze taka sama?

— Nie chodzi o przyciąganie planety — odparł Arseniew niecierpliwie. — Proszę wypełnić polecenie.

Wzruszyłem ramionami i popatrzyłem na grawimetr.

Wskazówka stała nieruchomo. Wiedziałem jednak, że Arseniew nie zwykł mówić niczego na wiatr, i chociaż nie mogłem pojąć, w jaki sposób siła przyciągania może się. zwiększyć, od czasu do czasu spoglądałem na tarczę przyrządu. Na pół godziny przed końcem dyżuru otrzymałem przez wewnętrzny telefon polecenie wzniesienia się na osiemdziesiąt kilometrów. Sądząc według kompasu i radaroskopów, dolina Białej Kuli musiała być już blisko. Silniki zaczęły pracować głośniej i po kilku minutach Kosmokrator wystrzelił nad chmury. Wypukłość planety była dobrze widoczna; do horyzontu ciągnęły się wełniste obłoki, rozczesane w długie grzędy, niby zorane pola pod śniegiem. Odezwał się donośny brzęczyk — to przepalił się jeden z bezpieczników sieci zasilającej drugie laboratorium. Winowajcą był jeden z uczonych. Ponownie włączyłem prąd, którego dopływ został automatycznie odcięty, i wróciłem do Prediktora. Podchodząc do ekranów zauważyłem, że światło ich nieco przygasło. Chmury pociemniały. Były wielkie, o płaskiej podstawie i skłębionym, srebrnawym wierzchu. Wprawione w ruch, sunęły w tym samym kierunku co Kosmokrator. Jeszcze chwila i ukazał się wśród nich lej. Olbrzymi, gładki, sięgał — zdawało się — wnętrza planety. Puszystość chmur zatracała się w jego ssącej gardzieli. Odwróciłem oczy, bo od patrzenia w kołyszący się horyzont zakręciło mi się w głowie. Nieliczne pierzaste obłoczki, płynące na wysokości Kosmokratora, znikały jeden po drugim. Spadały w dół z taką szybkością, jakby je uderzała niewidzialna pięść. W dole chmury, stopione w masę gładką jak płynny metal, zawrotnym młyńcem ginęły w czeluści. Uczułem, jak ciężar mego ciała zwiększa się; zarazem głos silników przechodził w coraz to wyższy, natężony śpiew. To Prediktor, opierając się sile, która usiłowała ściągnąć nas w dół, zwiększał moc napędową. Kosmokrator wciąż jeszcze mknął prosto po cięciwie gigantycznego koliska. Jego średnicę oceniałem na sto kilkadziesiąt kilometrów. Grawimetr wskazywał wzrastające przyciąganie. Nie doniosłem o tym Arseniewowi, bo i bez przyrządu musiał odczuwać, jak ręce i nogi nalewają się ołowiem, a wykonanie najprostszego ruchu wymaga wzmożonego wysiłku. Pędziliśmy ponad mrocznym rozziewem wiru. Rakieta ani o włos nie odchyliła się od prostej, tylko silniki wydawały ostry, gwiżdżący ton, jak przyhamowane w wielkiej szybkości. Do Centrali wszedł Arseniew w towarzystwie Sołtyka i Rainera.

— Patrzcie — powiedział — to jest Wielka Plama!

— Wielka Plama?

.— Tak. Pamiętacie, że na krótki czas przed lądowaniem dostrzegliśmy na tarczy Wenery plamę, która potem znikła? Teraz pojawiła się znowu, tylko widzimy ją z nieporównanie mniejszej odległości.

— Gdzieś w pobliżu musi być dolina Białej Kuli — zauważyłem.