— Nie w pobliżu, lecz pod nami. Tam — wskazał astronom wklęsłą, pogrążoną w ciemności część leja, która została już za rakietą i wyglądała teraz jak ogromny czarny otwór. Grzywiastymi falami mknęły tam chmury ze wszystkich stron widnokręgu.
— Kto ma teraz dyżur? — spytał Arseniew.
— Mój kończy się właśnie — odparłem — a zaczyna inżyniera Sołtyka.
— Dobrze. Oddalamy się teraz od centrum przyciągania. Kiedy grawitacja opadnie do dwóch „g”, zaczniemy krążyć wokół doliny.
Oderwał oczy od ekranu i spojrzał na nas.
— Oprócz dyżurnego proszę wszystkich do Maraxa.
Musiałem zdać Sołtykowi dyżur, co potrwało kilka minut. Kiedy wszedłem do kabiny Maraxa, byli tam już wszyscy. Arseniew przeglądał jakiś wykres, stojąc przy pulpicie, za którym siedział Lao — Czu. Rainer krzątał się przy dużym aparacie projekcyjnym.
— Krążymy teraz wokół Wielkiej Płatny — powiedział astronom. Odłożył papiery. — Stanowi ją wir obłoków wciąganych sztucznym polem grawitacyjnym. Proszę, kolego Rainer, już można.
Światła sufitowe zgasły. W ciemności za jarzył się czworokątny ekran na ścianie. Ukazał się na nim zielonkawy obraz. Były to jakby szprychy koła, zbiegające się w jego środku. Niektóre przebiegały liniami lekko falistymi.
— To jest sieć rur podziemnych, dostarczających energii Białej Kuli — odezwał się z mroku głos astronoma. — Przez porównanie z biegunem magnetycznym można by ją nazwać biegunem grawitacji, bo wytwarza ona sztuczne pole ciążenia. To, co widzicie, jest czymś w rodzaju zdjęcia rentgenowskiego. Zrobiliśmy je przed kwadransem z wysokości 80 kilometrów poprzez skorupę planety.