— Nie, to niepotrzebne. Będziemy od razu wodować na jeziorze. Proszę?
— Białą Kulę zbudowali mieszkańcy planety — rzekł Oswaticz. — Czy nie jest możliwe, że ich tu spotkamy?
— Tego nie mogę powiedzieć. Biała Kula wydaje się wprawdzie sterowana na odległość, ale to nie wyklucza takiej możliwości. Mieszkańcy planety… są niewątpliwie istotami o wysokiej inteligencji. Poza tym nic o nich nie wiemy i dlatego trudno powiedzieć, co należy robić w wypadku ich napotkania. Przypomnieć mogę tylko zasadę, której zobowiązaliśmy się przestrzegać przed naszym odlotem: sprawa porozumienia z mieszkańcami planety i usunięcia zagrożenia Ziemi stoi ponad sprawą naszego osobistego bezpieczeństwa. Innymi słowy, nie wolno nam nie tylko atakować, ale także bronić się środkami działającymi gwałtownie. Nie wolno też niszczyć żadnych urządzeń technicznych. To wszystko.
Rainer i Oswaticz wyszli. Tarland spytał mnie o coś; odpowiadając słyszałem, jak Czandrasekar mówi do Arseniewa: — Nie powinien był mi pan odmówić.
— Nie odmówiłbym, gdybym miał do tego prawo — odrzekł astronom. — Ktoś musi pracować przy Maraxie, a nikt nie umie tego lepiej od pana.
— Nazywa go pan moim dżinem — powiedział Czandrasekar — okazuje się jednak, że to ja jestem jego niewolnikiem.
W kabinie nie było już nikogo. Powinienem był wyjść, lecz zostałem. Obaj uczeni zdawali się nie dostrzegać mojej obecności.
Czandrasekar usiadł za pulpitem. Arseniew ruszył ku drzwiom, nagle przystanął.
— A o tym, że ja muszę zostać…
Nie dokończył i wyszedł. Czandrasekar, z rękami na klawiaturze Maraxa, siedział opuściwszy lekko głowę, jakby nasłuchiwał płynącego z głębi statku szumu motorów.