— On ma rację — powiedział niskim głosem — ale i ja ją mam.

Chociaż nie spojrzał w moją stronę, zrozumiałem, że mówi do mnie.

— Pan chciał… także iść na brzeg, profesorze?

— Tak. Obaj mamy rację… tak bywa w życiu… i dlatego ono jest trudniejsze od matematyki. Dotknął jednego, drugiego klawisza. Zielonkawe węże pojawiły się na ekranach, poczęły drgać, rozwidlać się, wirować. Wyszedłem, jak mogłem najciszej. W kabinie coraz głośniej rozlewał się głuchy szum prądów.

Wodowaliśmy w trzy godziny po przejściu burzy. Skały nad jeziorem ciemne były od wilgoci, padał jeszcze drobny deszcz i dziesiątki strumieni cwałowały wśród osypisk, spadając z pionowych progów, które zmieniły się w wodospady. Kosmokrator spoczął w znacznej odległości od brzegu. Biała Kula była niewidoczna; nawet gdy wiatr odwiewał mgłę, zasłaniał ją las krzemiennych iglic, wystających z wody i nadbrzeżnego osypiska. Góry to pojawiały się, to znikały wśród obłoków jakby rozmywane parą, wstępującą w powietrze białymi słupami. Łódź motorowa krążyła między Kosmokratorem a zatoką. Przewoziliśmy aparaty, akumulatory, szpule kabla i stalowe cięgła konstrukcji, z których zbudowano na brzegu niewielką przystań. Miała ułatwiać wyładowanie ciężarów.

Gdy przygotowania zostały zakończone, Oswaticz wyruszył wraz ze mną w obchód Białej Kuli na poszukiwanie podziemnych przewodów. Posługiwaliśmy się aparatami indukcyjnymi. Elektryczne echo pierwszej rury dało się słyszeć poniżej wielkiego żebra skalnego nad zatoką. Była to ta sama, która, biegnąc na południowy wschód poprzez wąwóz, krater i płaskowyż, dochodziła do doliny jeziora o żelaznym brzegu. Oznaczywszy miejsce wzniesionym naprędce kopcem głazów, ruszyliśmy dalej. Zauważyłem, że kamienisty teren był suchy, chociaż wciąż mżył drobny deszcz. Krople parowały w zetknięciu ze skałą, tak była gorąca. Wszystkie szczeliny gruntu wypełnił nawiany piach. Twardy, gruboziarnisty, pryskał i wznosił się spod butów małymi obłoczkami, a kiedy nadchodził wiatr, całe rumowisko okrywała popielata kurzawa. Zszedłszy z wyniosłości nad zatoką, straciliśmy z oczu Białą Kulę. Zakryły ją stojące gęsto krzemienne igły. Niektóre dochodziły do trzydziestu metrów wysokości. Ich grube, gładkie kolumny sterczały pośród zdradliwych głazów, które mimo swego ogromu były chwiejne i nieraz jak zapadnie usuwały się pod stąpnięciem. Po kolei wyznaczyliśmy miejsca dla ustawienia oscylografów nad następnymi rurami. Deszcz przestał padać i w chmurach pojawiły się z rzadka zielone okna. Mgła zsiadała się, coraz gęstsza, za to w górze powietrze nabierało klarowności. Wreszcie wiatr zmiótł tumany mgły nad wodę i ukazały się zbocza doliny. Niespełna kilometr od brzegu znaczył się zieloną plamką wśród głazów namiot punktu obserwacyjnego. Lao — Czu obserwował stamtąd postępy naszej pracy. Ustawiwszy ostatnią piramidkę kamieni w miejscu, gdzie pod rumowiskiem biegła jedenasta rura, wróciliśmy do rakiety. Na brzeg popłynęli Sołtyk i Rainer. Pogoda ustalała się; chmury, zupełnie białe, płynęły po jaśniejącym najczystszą zielenią niebie. Co kilka minut pojawiało się Słońce i przestrzeń jak gdyby rosła od blasku; w ozłoconych skałach występowały granatowymi smugami żleby i kominy; światło było tak silne, że gołym okiem można było liczyć głazy po przeciwnej stronie jeziora. Przez dużą lunetę na trójnogu obserwowaliśmy z grzbietu Kosmokratora, jak Sołtyk i Rainer dobijają do zatoki i podchodzą ku wyniosłości. Pod żebrem skalnym Lao — Czu zatrzymał ich, zawiadamiając nas jednocześnie, że grawimetr wskazuje wahania siły pola. W tej samej chwili powietrze nad brzegiem poczęło mienić się jak gięte szkło. Zawisały w nim różnokolorowe, płaskie tęcze, spływające powoli na powierzchnię wody, to znowu kształty odległych skał drgały jak filujący płomień, otoczone świetlistą obwódką. Po pewnym czasie wszystko się uspokoiło i towarzysze mogli przystąpić do pracy. To jeden, to drugi schodził do przystani i, objuczony ciężkim oscylografem, piął się w górę, by zniknąć w labiryncie potrzaskanych złomów. Po czterech godzinach Rainer zajął miejsce na posterunku obserwacyjnym, a w teren poszli Lao — Czu i Tarland. Sołtyk, który przypłynął motorówką, doniósł, że w pobliżu Białej Kuli silne dudnienie prądów zakłóca łączność radiową. Wszyscy pracujący na brzegu zostali zaopatrzeni w rakietnice sygnałowe, aby porozumiewać się z obserwatorem przy grawimetrze, jeśli radio zawiedzie. O szóstej po południu aparaty zostały rozstawione. Opasywały Białą Kulę blisko półtorakilometrowym kręgiem. Co dwie godziny trzeba było je obchodzić, wyjmować naświetlony film rejestrujący i zakładać nowy. O ósmej przywieźliśmy pierwsze szpule filmu z zapisem prądów; natychmiast powędrowały do kabiny Maraxa. Po dwu godzinach na brzeg udali się Rainer i Sołtyk; wykonali zadanie bez przeszkód i dostarczyli drugą partię filmów. Arseniew, jeśli nie przebywał z Czandrasekarem przy Maraxie, wychodził na pokład, aby sprawdzać wskazania głównego grawimetra. Dochodziła dziesiąta godzina ziemskiej nocy; Słońce przezierało przez cienkie, pierzaste chmurki, a wody jeziora spoczywały tak nieruchomo, że we wnętrzu rakiety nie wyczuwało się najsłabszego kołysania. Gdy ponownie przyszła kolej na mnie i Oswaticza, wśród szczytów krzemiennych iglic, powyżej niewidzialnej z jeziora Białej Kuli, uformował się w powietrzu rozchwiany, mętny obłok, jakby rosnąca trąba powietrzna. Lao — Czu, który był na punkcie obserwacyjnym, zatrzymał nas przy brzegu, wystrzeliwszy trzy czerwone i jedną dymną rakietę. Wyglądało na to, że Biała Kula budzi się: od jeziora napływały coraz gwałtowniejsze podmuchy wiatru, a temperatura nadbrzeżnych skał w parę minut podniosła się o dwadzieścia stopni. Zarazem dudnienie prądu uniemożliwiło komunikację radiową na odległość przekraczającą kilka metrów. Natężenie pola wzrosło kilkoma drobnymi skokami, potem jednak ustaliło się. Fizyk zasygnalizował, że możemy ruszać. Wspięliśmy się na skalne żebro. Tuż pod jego szczytem stał pierwszy aparat, okryty małym namiotem z płótna żaglowego; zmieniwszy filmy, co zajęło nam kilka minut, poszliśmy dalej. Ze szczytu wzniesienia rozpościerał się widok na dużą przestrzeń. Powietrze było bardzo przejrzyste, delikatna mgła spowijała tylko najdalsze szczyty górskie. Nagle zatrzymałem się. Poszarpana i sfałdowana płaszczyzna kamienia u naszych stóp, z której sterczały igły, kopce piasku i potrzaskane płyty, była pusta.

— Oswaticz, patrz! — krzyknąłem — Biała Kula znikła! Spojrzał przed siebie.

— Co, u licha!

— Zaraz, zaraz… — mówiłem — pamiętam, że ta wielka płyta pod trzema igłami była z prawej strony Kuli, a te stożki tam — z lewej, a teraz płyta jest tuż obok stożka… tam nie ma nawet miejsca… więc gdzież stała przedtem Kula? Gdyby się nawet zapadła, zostałby dół, puste miejsce?!

Rozglądaliśmy się bezradnie.