— Co robić? — spytałem. Zwróciliśmy się w stronę odległego zbocza, gdzie na szarym tle zieleniał nie większy od główki zapałki namiot grawimetra. Spróbowałem wywołać fizyka przez radio, ale słyszałem tylko trzaski, gęste jak serie karabinu maszynowego. Wystrzeliłem więc jedną białą i dwie dymne rakiety, co według umówionego klucza oznaczało: „czy możemy iść dalej?” Upłynęła dobra chwila, zanim w oddali podniosła się zielona gwiazdka, poszybowała w górę, zawisła i powoli sfrunęła w dół, spychana wiatrem na jezioro.
— Wszystko w porządku — powiedział Oswaticz. Odwróciliśmy się wydając równocześnie okrzyk zdziwienia. Biała Kula stała w rumowisku ogromną jasną kopułą, otoczona szerokim pasem pustej przestrzeni.
— To był jakiś miraż — powiedziałem wreszcie, sam nie całkiem wierząc we własne słowa, i ruszyłem w dół. Ponieważ wszystkie oscylografy były połączone ze sobą cienkim kablem, który synchronizował ich wskazania, szliśmy śladem białego przewodu, na przemian wspinając się na stosy głazów i zbiegając po nich. Przy każdym aparacie zatrzymywaliśmy się na chwilę, ja wyjmowałem bęben naświetlonego filmu, Oswaticz zaś zakładał nowy z zapasu, który niósł w plecaku. W niespełna godzinę obeszliśmy dziewięć aparatów. Do dziesiątego droga wiodła szczytem kamiennej wypukłości. Po lewej ręce wznosił się nad krzemiennymi wierzchołkami szczyt Białej Kuli, po prawej osypisko było nieckowato zaklęśnięte; owo wgłębienie wypełniały stosy głazów. Wyglądało jak opuszczony kamieniołom. W pewnej chwili spojrzałem tam i przystanąłem. W dole, w odległości może stu metrów, siedział ktoś na dużym kamieniu. Była to ciemna, krępa postać, zupełnie nieruchoma. Oswaticz, który szedł przede mną, wysforował się na jakieś dwadzieścia kroków. Okrzyknąłem go. Odwrócił się i także stanął. Wydał się niezdecydowany, co robić. Bez namysłu puściłem się w dół, skacząc przez zwały kamienia. Na mgnienie straciłem z oczu tę postać. Kiedy zbliżyłem się na tyle, że mogłem ją dokładnie obejrzeć, przekonałem się, że to nie był człowiek. O płaski głaz opierała się długa, wielka, nieregularna bryła. Światło szkliło się mocno w jej brunatnych załomach. Aż dziwne było, że mogła z oddali przypominać ludzką sylwetkę. Tylko w odgórnym skrócie była trochę podobna do pochylonego torsu.
— To jest blok lawy! — zawołałem. Oswaticz, który stał na wzniesieniu, patrzał dalej w moją stronę; zapewne nie dosłyszał, bo elektryczne zakłócenia były bardzo silne. Dałem mu więc znak ręką, że to nic nie jest, że się omyliłem. Odwrócił się i ruszył naprzód. Niedaleko wystawał zza kamiennej piramidki okap namiotu okrywającego oscylograf.
— Zaczekaj! — krzyknąłem i pobiegłem w górę zbocza. Oswaticz zwolnił kroku, ale szedł dalej. Jego ciemna sylwetka odcinała się od jasnego tła, którym był wierzch Białej Kuli.
— Zaczekaj! — krzyknąłem raz jeszcze. Nagle cała przestrzeń przede mną skurczyła się i przysiadła, jakbym ją oglądał odbitą w lustrzanym arkuszu blachy, który ktoś niespodziewanie wygiął. Potem wszystko zafalowało i wróciło do poprzedniego stanu. Stanąłem jak wryty. Oswaticz znikł. Przed chwilą widziałem jeszcze jego poruszające się plecy, połysk hełmu; wstąpił na wielką płaską płytę srebrnawego kamienia. Zrobił krok, może dwa naprzód i zniknął, jakby się rozwiał w powietrzu. Stałem kilka sekund osłupiały, a potem puściłem się ze wszystkich sił ku temu miejscu.
— Oswaticz! — krzyczałem. — Oswaticz! Nie było odpowiedzi.
Uważając, by nie stracić z oczu charakterystycznej w rysunku i kolorze płyty, przełaziłem przez głazy spiętrzone pod grzbietem wzniesienia. Wreszcie znalazłem się na górze. Ta wielka tafla, pochylona w moją stronę, miała powierzchnię okrytą jak gdyby szronem, dlatego tak błyszczała. Porastały ją drobniutkie, skrzące się kryształki. W jednym miejscu odkryłem na powierzchni długą, białawą rysę. Kamień był dość miękki i gwóźdź buta zarysował go. Pomyślałem, że Oswaticz skoczył na drugą stronę. Była tam nisza utworzona przez wsparte o siebie złomy, doskonale oświetlona. Zaściełał ją drobny żwir i kilka dużych jak bochenki, czarnych kamieni.
— Oswaticz! — zawołałem, ale niezbyt głośno. Widziałem go przed minutą. Stał na płycie. Nie poszedł prosto, ale nie mógł też skryć się w niszy, droga prowadziła na jeden z otaczających wysokich głazów, zawsze więc musiałbym ujrzeć, jak się na nie wspina. Nie straciłem tego miejsca z oczu ani na mgnienie, na to mogłem przysiąc. A jednak nie było go. Rozglądałem się na wszystkie strony z opuszczonymi rękami. Nie było po prostu gdzie szukać. Mimo to biegałem pośród okolicznych głazów i nawoływałem. Odpowiadał chrobot elektrycznych wyładowań. Wróciłem na szczyt wzniesienia, żeby wystrzelić rakietę. Kiedy podniosłem pistolet, spostrzegłem, że i Białej Kuli nie ma. Znikła jak poprzednio, kiedy staliśmy z Oswaticzem ponad zatoką. Przedtem zasłaniała widok na zbocza, w których otwierał się wielki wąwóz; obecnie jego ujście było doskonale widoczne. Czułem to, co bokser podnoszący się z desek po silnym ciosie w szczękę. Chciałem biec na pomoc Oswaticzowi, szukać niebezpieczeństwa, które mu zagrażało, ale nie było nic: ani Oswaticza, ani widzialnego niebezpieczeństwa. Wystrzeliłem czerwone rakiety na znak, że zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, potem usiadłem na krawędzi srebrnawego głazu i, zwiesiwszy nogi w dół, patrzałem, jak na piargach pojawiły się dwie ciemne, powoli pełznące plamki. Byli to dwaj ludzie w skafandrach. Szli spiesznie pod górę, przechodząc, gdzie się dało, w kłus, znikli za krzemiennymi iglicami i wreszcie po czterdziestu minutach znaleźli się przy mnie. Byli to Lao — Czu i Sołtyk. Usłyszawszy, co zaszło, inżynier skoczył na brzeg głazu wołając:
— Oswaticz! Janie! Janie!