Matematyk zacisnął powieki i nieznacznie poruszył barkami, jakby chciał z nich strącić niewidzialny ciężar.
— To nic — powiedział. — Oni wrócą, jeżeli… Nie dokończył.
— Gdzie jest Arseniew?
— Na górze.
— Może go pan tu zawezwać? To bardzo ważne. Zastałem astronoma na grzbiecie rakiety. Schylony, obserwował tarczę grawimetra. Obok potężny, gruby jak kolumna promień reflektora rozpływał się czerwonawo we mgle.
— Na razie natężenie nie wzrasta… — odezwał się cicho Arseniew, jakby mnie nie słyszał. Powtórzyłem, że Czandrasekar prosi go na dół. Nagle zerwał się na równe nogi.
— Co, już jest?!! No, jaka?
Nie rozumiałem, o co pyta, wtem przypomniał mi się okrzyk matematyka i na chybił trafił powiedziałem:
— Periodyczna.
Arseniew bez słowa pobiegł do włazu.