— Teraz Marax musi pokazać, co potrafi. Rozumie pan, o co chodzi? Pole grawitacyjne powstaje z nałożenia na siebie poszczególnych impulsów prądu. Przy zastosowaniu metody Fouriera tych kilkadziesiąt miliardów drgań, które zarejestrowały na filmie oscylografy…

Miałem tego dość.

— Daj mi pan spokój! — zawołałem. — Oswaticz zniknął!

Czandrasekar drgnął.

— Co? Co się stało?!

Raz jeszcze zacząłem opowiadać. Czandrasekar, słuchając, przez cały czas wpatrywał się w ekrany. Mimo woli podążałem za jego wzrokiem. Linie świetlne, miotające się na bocznych ekranach, powoli bladły i zlewały się z fosforyzującym tłem. Za to na środkowym występowała coraz silniej świetlista smuga.

— Tam jest Lao — Czu? — spytał Czandrasekar, kiedy skończyłem. W tej chwili huczenie prądu ścichło. Kontrolne lampki zgasły, boczne ekrany oczyściły się całkiem, a na centralnym znieruchomiała stroma, dwugarbna krzywa. Oczy Czandrasekara zwęziły się. Wzrok mu płonął.

— A jednak periodyczna! — powiedział. Potem przez wargi przemknął mu blady, przepraszający uśmiech.

— Musi się panu wydawać nieludzkie, że ja w takiej chwili…

Urwał. Zachwiał się, cofnął o krok i oparł się o połyskliwy bok pulpitu. Padające z góry światło zarysowało głęboką wklęsłość skroni i policzków. W tym momencie uświadomiłem sobie, że w ostatnim czasie w ogóle nie opuszczał Maraxa. Czerwony sygnał płonął nad drzwiami kabiny dniem i nocą.