— Ma pan filmy?
— Mam. Profesorze — wybuchnąłem — trzeba jechać na brzeg. Oni się tam spalą! Kiedy wracałem, skała była coraz gorętsza, ja…
— Tam jest Lao — Czu?
— Tak. I Sołtyk!
— Proszę zanieść filmy do Maraxa.
— A tamci…?
— Dadzą sobie radę.
— Ale ja mogę zaraz…
— Przy brzegu stoi druga motorówka. Nie jest tam pan potrzebny. Proszę iść.
Zszedłem po żelaznych szczeblach do komory śluz i kiedy sprężone powietrze wyparło zatrutą atmosferę, nie rozbierając się ze skafandra, zdjąwszy tylko hełm, wszedłem do kabiny Maraxa i oddałem filmy. Stojąc w progu patrzałem, jak Czandrasekar zakłada szpule na poziomą, długą oś, jak wsuwa początek każdej taśmy do szczeliny pulpitu i porusza rękojeści kontaktów. Filmy odwijały się i nikły szybko w głębi aparatu. Czandrasekar dotykał klawiszów. Ekrany zapalały się kolejno jak olbrzymie, świetliste oczy, czerwone i błękitne kontrolki zamrugały, rozjaśniły się i stanęły w takim blasku, że zaćmiły zielonkawe żarzenie ekranów. Jak urzeczony patrzałem na palce Czandrasekara biegnące po klawiszach. Kabina wypełniała się śpiewnym pomrukiem. W ekranach przelatywały zielone błyskawice, słychać było krótkie, gęste szczękanie kontaktów, strzałki zegarów dochodziły ku granicy przeciążenia, a matematyk wciąż naciskał klawisze, czasem zadudnił uderzony pełnym prądem transformator albo syknął za ścianą łuk rozerwany na nożach wyłączników. Czandrasekar stał chwilę nieruchomo, z opuszczoną głową, patrząc spod przymrużonych powiek na rozedrgane światła, potem odstąpił od pulpitu. Raz jeszcze sprawdził wzrokiem wszystkie ekrany i zwrócił się ku mnie: