Robiło się coraz ciemniej od pary, gęstymi kłębami napływającej znad jeziora. Podmuchy wiatru parzyły jak oddech wielkiego pieca. Musiałem donieść te przeklęte filmy. Pobiegłem dalej. Skacząc z kamienia na kamień, zadyszany, oblany potem, dopadłem wreszcie do motorówki i skoczyłem w nią z rozmachem, aż zachybotała i zaczerpnęła burtą wody. Popłynąłem ku Kosmokratorowi, którego reflektor żarzył się pomarańczowo we mgle. Na grzbiecie rakiety przechadzał się człowiek w skafandrze, z rękami założonymi w tył. Przyszła mi szalona myśl, że to Oswaticz. Skoczywszy do trapu, w jednej chwili znalazłem się na górze. Był to Arseniew. Palił się za nim jupiter okalając nasze sylwstki lśniącą aureolą i rzucał w mgłę wielkie, rozwiane cienie.
— Gdzie tamci? — spytał.
— Zostali… — powiedziałem. — Oswaticz… zniknął.
— Jak to zniknął? — z gniewem spytał Arseniew. — Wpadł gdzieś?
— Nie, nie wpadł. Zniknął. Widziałem, jak stał na dużym głazie, to było przy dziesiątym aparacie. Powietrze zamigotało, a kiedy przebiegłem, już go nie było. Tam nie ma żadnej rozpadliny, tylko gładka płyta, a z jednej strony płytki dół między skałami.
— A Biała Kula?
— Co?
— Pytam, czy widział pan Białą Kulę!
— Nie. Też znikła.
— Tak… — powiedział astronom. Przez chwilę milczał, nagle podniósł głowę: