— Został jeszcze ostatni, za tamtą skałą. Proszę potrzymać — podał mi elektrometr.

Nadszedł Sołtyk. Przystanął i obserwował nas przez chwilę.

— Profesorze… — odezwał się dygocącym głosem — teraz…? Co pan robi?! Teraz — filmy?!

Lao — Czu nie odpowiedział. Rozumiał tak dobrze, jak ja, że nie należy żądać od Sołtyka pomocy. Stałem na miejscu, patrząc to na oddalającego się profesora, to na Sołtyka. Porywisty wiatr targał trochę za obszernym kombinezonem inżyniera. Jak skamieniały wpatrywał się w płytę, na której po raz ostatni widziałem Oswaticza. Fizyk powrócił po kilku minutach. Podał mi kasetę.

— Pójdzie pan na brzeg możliwie szybko i popłynie motorówką do rakiety. Profesor Czandrasekar czeka na filmy. To bardzo pilne.

— A… wy? — spytałem.

— Zostajemy.

— Będziecie go szukać?

— Niech pan idzie, proszę! — powiedział Lao — Czu i coś stalowego zadźwięczało w jego tak zwykle łagodnym głosie. Pobiegłem starając się nie zwalniać tempa w miejscach, gdzie kamienie leżały luźno i pod dotknięciem zaczynały się osuwać. W powietrzu wisiał nieokreślony, daleki szum. Czułem przez kombinezon gorące podmuchy wiatru. Zza długiej ławicy piargów wyjrzało jezioro. Obłoki pary podnosiły się leniwie z jego powierzchni.

Wciąż biegnąc, usłyszałem dziwne skwierczenie. Spojrzałem pod nogi: podeszwy butów dymiły. Grunt rozgrzewał się, jakby w nim płonął niewidzialny ogień. Stanąłem. Co robić? Wracać po tamtych? Obejrzałem się za siebie.