— Nie. Oswaticz szedł właśnie tam, kiedy…
— Dobrze.
Fizyk zszedł z głazu i ruszył w stronę namiotu zieleniejącego kilkadziesiąt kroków niżej. Sołtyk wsunął się tymczasem do niszy.
— Boże mój — mruczał obracając się w koło — co to znaczy… Więc tu stał? — spytał mnie raz jeszcze.
— Tutaj.
— Chodźże pan! — krzyknął. — Przeszukamy to przeklęte miejsce!
Zajrzałem tam — podnosił owe okrągłe, czarne kamienie.
Byłoby to śmieszne, gdyby nie tragizm położenia. Lao — Czu zawołał mnie. Podszedłem do niego. Zauważyłem, że Chińczyk stoi jakoś dziwnie — pochylony skośnie, jakby tracił równowagę, a jednak nie padał. Już chciałem go spytać, co to znaczy, gdy zauważyłem, że i ja, zupełnie nieświadomie, trzymam się tak samo.
— Profesorze — zawołałem — spójrz pan, jak my chodzimy… Co to jest?
— Nie czas teraz na tłumaczenie — odparł. Podał mi szpulę filmu, wydobytą z aparatu. Zatrzasnął klapę.