Do Centrali wszedł Sołtyk; nie spuszczając oka z przyrządów zarzuciłem go pytaniami. Nie od razu zaczął opowiadać. Jak się okazało, wchodząc do wody nadął kombinezon powietrzem, którego izolująca warstwa uchroniła go od poparzeń. Gorzej było z profesorem. Nie mógł tego zrobić, gdyż rozdarł skafander u podstawy hełmu. Przez całą drogę zaciskał rozdarcie, ale kiedy przenosili Oswaticza przez wodę, musiał oswobodzić obie ręce. Tych kilka chwil starczyło, by gazy formaldehydu i dwutlenku węgla zmieszały się z powietrzem oddechowym. Zatruty, stracił przytomność w motorówce.

— A co z Oswaticzem? — spytałem. — Gdzieście go znaleźli?

Sołtyk zwlekał z odpowiedzą. Stał przed tablicą zegarów hamowniczych i oglądał je z największą uwagą, chociaż nic nie wskazywały, gdyż były teraz wyłączone.

— Doznał udaru cieplnego — powiedział wreszcie. — Zdaje się, że nie jest z nim źle. Ruszał się, kiedyśmy go nieśli.

— No to dobrze, ale gdzie był?

— Nie wiem.

— Co ty mówisz?

W ekranach przesuwały się czarne chmury, rozdzielone jasną, drgającą mgłą. Wyglądało, jakbyśmy przepływali archipelag górzystych wysp.

— Profesor dał mi linę… związałem się z nim, kazał mi iść za sobą tak, żeby lina była wyprężona… szedł przodem. W ten sposób znalazł Oswaticza.

— Gdzie?