— Nie wiem. W pewnej chwili zniknął.
— Profesor zniknął?
— Tak. Zniknął, jakby się w ziemię zapadł, ale czułem jego ruchy, bo byliśmy połączeni liną. Rozumiesz? Nie, tego nie da się zrozumieć. Więc powiadam ci, że tak jak mnie tu widzisz, widziałem linę, która kończyła się w powietrzu, napięta — a dalej nie było nic.
— Nic?
— To znaczy — kamienie, powietrze, ale ani jego, ani Oswaticza… i może po minucie lina szarpnęła — to był umówiony znak. Zacząłem ciągnąć i wyciągnąłem ich obu. Profesor miał rozdarty skafander.
— Upadł?
— Nie wiem. Pewno tak.
— Więc gdzież on był?
— Mówię ci, że nie wiem.
— Jak to, nie pytałeś?