— Nie… I ty nie pytałbyś, potem…

Odwrócił się nagle ku mnie z pociemniałą, zaciętą twarzą.

— Kiedyś odszedł… zachowałem się jak szczeniak! Skomlałem, krzyczałem na niego, bo chodził dokoła z aparatem, spokojny jak w laboratorium… nie wiedziałem przecież, nie mogłem wiedzieć, po co!

Po chwili dodał spokojniej:

— Ktoś jeszcze na Ziemi powiedział, że on jest jak hartowane szkło; niby przejrzysty, gładki, niepozorny, ale kto go spróbuje ugryźć, połamie sobie zęby… Chciałem się usprawiedliwić. Odpowiedział mi jakimś przysłowiem… kamienie paliły się nam pod nogami, myślałem, że się ugotujemy, a on… Wiesz, jakie były jego pierwsze słowa, kiedy się ocknął teraz w kajucie? Spytał Czandrasekara, czy są już wyniki obliczeń…

Kosmokrator osiągnął pełną szybkość podróżną. Odstąpiłem od ekranów. Nie patrzałem na Sołtyka, tak było mu łatwiej. Rozumiałem, że nie pomogą mu słowa pocieszenia. Lao — Czu dał mu lekcję spokoju, w jakich warunkach! Wspomniałem moją przygodę w Martwym Lesie…

— Możesz iść tam do nich — powiedział Sołtyk. — Zastąpię cię. Nie mogę mu w oczy spojrzeć.

Nie dałem sobie tego dwa razy powtarzać. Kiedy wszedłem do kabiny, Tarland odsuwał właśnie od łóżka celofanowy namiot, pod którym utworzono sztuczną atmosferę tlenową. Oswaticz dostał już rumieńców i leżał podparty wysoko poduszkami. Przy stole siedzieli uczeni; jakież było moje zdumienie, kiedy ujrzałem wśród nich Chińczyka. Nie miał na sobie zwykłego ciemnego ubrania. Pierwszy raz zobaczyłem na nim długi, wiśniowy, w bajeczne smoki malowany płaszcz poranny. Siedział po pas okryty kocem, spod którego wysuwały się biało obandażowane stopy. Był spokojny jak zawsze, tyle że odrobinę bledszy. Arseniew zrobił mi miejsce. Usiadłem. Oswaticz zabierał się właśnie do opowieści o swoim wypadku. W paru słowach streścił naszą wędrówkę wokół Białej Kuli i doszedł do chwili, w której oddaliłem się od niego, złudzony kształtem czarnego kamienia. Jak mówił, nie dosłyszał mego wołania i dlatego szedł potem dalej. Nagle całe otoczenie znikło.

— Mignęły jeden za drugim kolory tęczy, od żółtego do fioletowego. Miałem wrażenie, że mnie coś ściąga w dół. Straciłem równowagę i zatoczyłem się kilka kroków. Buchnęło takie światło, że oślepłem na dobrą chwilę. Kiedy otworzyłem oczy, byłem we wnętrzu olbrzymiej kuli, pełnej białego światła. Zupełnie gładkie, wklęsłe ściany otaczały mnie ze wszystkich stron. Pomyślałem, że otwór, którym się tam dostałem, jest za mną. Obejrzałem się, ale nie było tam nic. Taka sama gładka ściana. Grunt, na którym stałem, był skalisty, zasłany kamieniami. Czy mówię jasno? Było tak, jakby ktoś odkroił z pustej kuli spód i nakrył mnie nią, jak muchę szklanką. Stałem wprost pod ogromną, kulistą kopułą, tuż przy ścianie. Powoli ruszyłem i, badając wzrokiem każdy kamień, poszedłem ku środkowi.

Wtedy stała się dziwna rzecz. Przeszedłem może cztery czy pięć kroków i wklęsła ściana, ku której się zbliżałem, zwinęła się i cofnęła przede mną. Postąpiłem jeszcze dwa kroki — teraz stałem przed pionową, zupełnie płaską ścianą. Odwróciłem się. Kula znikła — za mną była nieprzenikniona ciemność. Ruszyłem ku owej świecącej ścianie, a ona, gdy się zbliżałem, stawała się wypukła, jakby ją ktoś wydymał z drugiej strony… a gdy byłem tak blisko, że mogłem dotknąć jej ręką, stałem pod olbrzymią kulą, ale teraz byłem na zewnątrz niej…