Z tymi słowami wyszedł za Chińczykiem. Sołtyk przestawił dźwignię Prediktora. Pocisk zaczai się obniżać. Gwiazdy znikły i telewizory pociemniały, wypełnione nieprzeniknioną czernią. Przełączyliśmy je na radar. Ekrany pozieleniały, lecz ich świecenie wprowadzało tylko w błąd. Przez pewien czas lecieliśmy na oślep. Potem w jednolitym mroku ukazał się szarawy brzask jakby wstającego dnia, choć noc zapadła zaledwie przed kilkunastu godzinami. Zawiadomiony Arseniew polecił obniżyć lot jeszcze bardziej. Traciliśmy wysokość, schodząc na cztery, trzy, wreszcie dwa kilometry. Na wschodzie wypełniał mgły nieruchomy, szary blask, pod nami mknęła wielka równina, spowita ciemnością.

Stałem przy ekranach pomiędzy Arseniewem a Sołtykiem. Schodziliśmy do lądowania. Kilka chwil Kosmokrator opadał skosem, jak nóż lecący ku ziemi, nagle targnął się gwałtownie i płomienie rozdarły mrok. Grzmiąc silnikami hamowniczymi pocisk pędził tuż nad powierzchnią gruntu. Pęki rozlatujących się na wsze strony flar magnezjowych oświetlały nieskończone szeregi wydm, które zdawały się falować jak woda w migotliwym, trzepocącym blasku. Rozwarły się denne luki. Dwa rzędy szeroko rozstawionych gąsienic ze świstem rozcinały powietrze. Raz jeszcze huknęły dysze dziobowe i w ogniu wylotów zajaśniały rzędy piaszczystych pagórków. Lekkie, lecz wyraźne drgnienie przeszyło cały kadłub. Przednia para gąsienic zetknęła się na mgnienie ze szczytem wydmy. Mocny wstrząs rzucił nas w górę. Rakieta toczyła się z przeraźliwym chrzęstem. Coraz ciężej osiadała na podwoziach. Bicze piasku zacinały pancerze i osypywały się po nich z głuchym szumem. Podłoga dygotała i podrywała się na nierównościach, jakby pocisk ponownie chciał się wzbić w powietrze. Ruch ten przechodził w coraz łagodniejsze kołysanie. Raz jeszcze kadłub pochylił się, wyprostował i znieruchomiał. W ciszy słychać było tylko, jak sprężone powietrze syczy wypełniając cylindry amortyzatorów.

Nie upłynęło pół godziny, a dolne klapy rozsunęły się i po opuszczonej pochylni zjechał pojazd gąsienicowy. Zająłem miejsce przy kierownicy, obok — ustawiwszy indykatory promieniowania na wyciągnięcie ręki — usiadł Arseniew. Sołtyk i Rainer znajdowali się z tyłu; oparci o ramiona pionowej kolumienki, stanowiącej podstawę miotacza promieni, mogli obserwować okolicę przez górne szyby, nie tracąc z oczu aparatów umieszczonych na ścianach.

Gąsienicówka wygramoliła się z wielkiego rowu, który Kosmokrator wyorał w pokładach luźnego piasku. Skręciłem na wschód. W świetle reflektorów odsłaniał się krajobraz ponury i jednostajny. Jak okiem sięgnąć, teren płaski, pręgowany niskimi falami brunatnożółtawego, drobnoziarnistego piasku. Gdzieniegdzie wystawały z niego odłamy najbardziej odporne na wietrzenie, o bokach wypolerowanych do gładkości szkliwa. Wiał silny, sprzyjający wiatr. Posuwał przed sobą lotne wydmy, zdmuchiwał z ich szczytów rozwiane kłęby kurzawy i ciskał je w blachy naszego pojazdu. Z rzadka sterczały samotne skały wapienne, otoczone drobniejszymi głazami, zwietrzałe i pobrużdżone. W promieniach reflektorów padały od nich długie, płaskie cienie, uciekające w stronę przeciwną do naszego ruchu.

Po pewnym czasie zaczai się zbliżać niski, długi wał, którego kierunek coraz bardziej zbiegał się z naszym. Jego podwietrzne zbocze było twardo ubite. Gdy maszyna wjechała na górę, ujrzałem, że szczyt wału jest zaklęśnięty i tworzy płytką rynnę. Była to jakby droga, dość dogodna, gdyż po rozdrobnionych kamieniach zaścielających dno, zmieszanych z suchym, ciemnym iłem, jechało się szybciej niż po piasku.

Luna zajmowała już pół nieba. Stała wprost nad nami, srebrnawa, sięgająca chmur.

Wał obniżał się coraz bardziej, aż opadł do powierzchni gruntu. Jeszcze dziesięć minut szybkiej jazdy — i na horyzoncie zjawiła się biaława smuga, rozjarzona przy samym gruncie. Tlały nad nią jasne wywyższenia. Kiedyśmy się znaleźli na grzbiecie jednej z ostatnich wydm, poprzez najbliższe, niskie pagórki otworzył się widok w głąb.

Aż po horyzont rozpościerało się morze błękitnawych kształtów. Rozdzielone pasami półmroku, jaśniały twory obce dla oka jak zgłoski nieznanego pisma: gwiaździste, wieloczłonowe korpusy, wieże podobne do stalagmitów, rotundy o zaklęśniętych pochyłych czołach, terasowate bastiony, a wszystkie wydawały błękitne światło, które w ostatnim planie zlewało się w mgliste, nieruchome sylwety, ogromnym sierpem okalające widnokrąg. Ponad przestrzenią łukami szły białe przerzuty tworząc wielką sieć o promienistych zwodach.

— Miasto… — wyszeptałem. Ręka sama zmniejszyła obroty motoru: pojazd zatrzymał się nad zboczem wydmy. Fale piasku poza zasięgiem reflektorów rozwidniało padające z dali widmowe półświatło.

Spojrzałem na astronoma.