— Martwy Las jest ruiną miotacza, który miał wystrzelić w Ziemię ładunek radioaktywny.

Cisza była taka, że słyszałem szmer, z jakim sunęło po papierze kółeczko przyrządu w rękach fizyka. Kroki Arseniewa rozlegały się w niej równomierne, spokojne jak chód zegara.

— Poleciłem Sołtykowi, żeby zmienił kurs — dodał po chwili niższym głosem. — Lecimy teraz tam, skąd ku Martwemu Lasowi szły rury sterujące…

Nic się nie zmieniło. Trzymane narzędzia obciążały mi ręce, stałem nieruchomo, tylko serce zaczęło uderzać powoli i ciężko jak przed walką.

— Profesorze, czy oni…

— Nie pytaj pan. Na razie nic więcej nie można powiedzieć. Chodźcie, pójdziemy do Centrali, przelecieliśmy już siedemset kilometrów. Cel musi być blisko.

Przeszliśmy korytarz. Arseniew obejrzał przyrządy Prediktora i zwrócił się do Sołtyka:

— Zejdziemy teraz na sześć tysięcy metrów. Sprawdził kurs, który mieliśmy utrzymywać. — Kiedy pojawi się światło, wezwijcie mnie.

— Jakie światło, profesorze? — spytałem.

— Sami zobaczycie.