— Czy wiadomo, do czego służył?

— Dużo razy stawialiśmy Maraxowi to pytanie. Podawaliśmy mu strukturę, rozmiary i rodzaj materiałów, z jakich składa się Martwy Las, a on, jak inżynier otrzymujący zadanie, usiłował złożyć te dane techniczne w logiczną całość. Dopóki nie znaliśmy szczegółów, Marax miał, jeśli można się tak wyrazić, wiele stopni swobody w swych próbach syntezy… Odpowiadał, że mógł to być ogromny transmutator chemiczny dla regulowania składu atmosfery albo urządzenie do zmiany klimatu. Ale w miarę jak poznawaliśmy nowe fakty, jedna hipoteza po drugiej odpadała. Zainstalowana moc Martwego Lasu tysiące razy przekraczała potrzeby urządzeń, o których mówiłem. Wtedy Marax zaczął zmierzać w kierunku pewnego rozwiązania, ale my nie chcieliśmy się z nim pogodzić. Usiłowaliśmy przestawić jego rozumowanie na inne tory, tworzył więc najbardziej zawiłe hipotezy, badał, czy są możliwe, i za każdym razem odpowiadał: nie.

Arseniew przystanął przed wygaszonym ekranem katodowym. Odwrócony do mnie plecami, mówił dalej:

— Nieprędko zapomnę te godziny. Uparcie nawracał w jednym kierunku; miałem wrażenie, że to po prostu złośliwość martwego mechanizmu, który mści się na nas za swoje dotychczasowe posłuszeństwo. Jak pan wie, Marax odpowiada nie słowami, lecz wykresami, ale były tak jasne… — Nie dokończył. Zwrócił głowę w stronę fizyka, który za pomocą małego aparatu sprawdzał bieg krzywej na wykresie.

— Podziwiałem twój spokój, Lao… — powiedział.

— Nie było mi czego zazdrościć, zapewniam cię — rzekł Chińczyk. — Widać droga od mego umysłu do serca biegnie z dala od twarzy… ale nie było mi lżej.

Arseniew patrzał w szklistą płytę ekranu jak w lustro. Nagle odwrócił się.

— Kiedy padły słowa wyjaśnienia, okazało się, że wszyscy domyślaliśmy się ich od początku, lecz nikt nie chciał ich pierwszy wymówić.

— A te słowa, profesorze?

— Zniszczenie życia na Ziemi — rzekł ostro astronom. Przeczekawszy chwilę zupełnego milczenia, podjął wędrówkę.