Jeszcze dalej budowle znikły jak wykarczowane i widać je było tylko w oddali, jak świecą nieruchomo, wielkim pierścieniem opasując przestrzeń. Tu, gdzie jechaliśmy, cały grunt mżył mętnym, jakby przez bielmo przefiltrowanym blaskiem, bo fosforyzujące szkliwo przemieszane było z piachem i brunatnymi szczątkami ni to kamieni, ni to metalu. Jechać było coraz trudniej, płaszczyzna przechodziła w niewielkie, lecz strome zbocze. Motor zanosił się od ryku, napięte gąsienice szczękały przeraźliwie, zarywając się chwilami niemal po osie. Nagle silnik zawył rozpędzony. Osiągnęliśmy szczyt wzniesienia. Naparłem na hamulec. Pod nami ział płytki krater. Wydawał zmącone, niepewne światło, pełne plam i zacieków brudnofioletowych, żółtawych i zielonych — jak próchno. Dno było gładkie, wklęsłe, puste, ale w głębi tworzącej je szklistej masy majaczyły kształty zatopione jak w bursztynie, jakieś żylaste, poskręcane cienie, kadłuby, figury…

Co to znaczy… gdzie my jesteśmy?… — chciałem spytać, ale głos nie wydostał się ze ściśniętego gardła. Ktoś dotknął mego ramienia i dał znak powrotu. Skinąłem w milczeniu głową, zapuściłem motor i powoli zaczęliśmy się obsuwać z brzegu rumowiska, a za szybami przesuwały się czarne, wbite w gruz zwały, niby korpusy ogromnych jakichś maszyn, pozlewane w bezkształtne, sopliste bryły. Nareszcie wróciliśmy na dolny poziom ulicy, gdzie jazda była łatwiejsza.

Pojazd, drgając lekko na nierównościach, toczył się u podnóży wielkich budowli. Zaciskałem ręce na kole kierowniczym i wsłuchany w szum silnika patrzałem przed siebie, a ulice wiły się i wiły bez końca, z wysokości rzucały blask olbrzymie gładkie ściany, zaokrąglone naroża, przypory, słupy, nad nami przemykały czarne stropy innych poziomów. Oczu nie mogłem oderwać od korowodu kształtów tak majestatycznych i nieruchomych, jakby miały przetrwać wieczność, oświetlając noce zawsze takim samym błękitnym brzaskiem. Od natłoku obrazów byłem jak ogłuszony, nie mogłem myśleć, chwilami zatracałem świadomość tego, że tuż przy mnie siedzą towarzysze, zdawało mi się, że ta podróż w mroku trwa już nie godziny, ale lata całe, i kiedy w pewnej chwili odwróciłem się i spostrzegłem, jak Rainer i Arseniew zapisują wskazania aparatów i porównują ruchy strzałek na indykatorach promieniowania, ogarnęło mnie zdumienie, że mogą myśleć jeszcze o czymkolwiek prócz milczących świateł, przesuwających się za oknami. W ciągu ostatniego kwadransa podróży astronom co kilka chwil dotykał mego ramienia, każąc mi skręcać to w lewo, to w prawo. Nie mogłem zrazu pojąć, czym się kieruje w wyborze drogi, aż spostrzegłem, że obserwuje tarczę aparatu indukcyjnego.

Gdy wjechaliśmy w szerszą ulicę, astronom polecił mi stanąć. Motor zgasł. Zaciągnęliśmy odruchowo uszczelniające uchwyty hełmów i wyszliśmy przez klapę. Nawierzchnię zaścielały drobne opiłki, świecące, jakby w każdą szklistą okruszynę wtopiona była srebrna iskierka. Chrzęst kroków rozlegał się głośno w pustce. Czasem wiatr przepędzał po kamiennych płytach smugi pyłu i świszczał gdzieś w górze z odgłosem rozdzieranej blachy.

Ponad nami z blanków szklistej konstrukcji wystawał zgięty w dół pęk grubych jak ramię, zerwanych przewodów. Dalej, zza płaskiego bloku, wystawał środkiem zaklęśnięty gmach, ogarniający frontem zakręt. Ulica rozchodziła się w głębi na trzy odnogi; dwie wstępowały w górę, trzecią zaś stanowił tunel, który zwracał ku nam ogromny oświetlony otwór. Jego wnętrze zwężało się śrubowato niby stożkowata muszla.

Arseniew patrzał przez chwilę na indykator, potem wziął od Rainera aparat indukcyjny, przewiesił go sobie przez ramię i wezwał nas. Skupiliśmy się wokół niego. Ostatni podszedł Sołtyk. Stał do tej pory przy maszynie i usiłował skierować światło reflektora w głąb śrubowatego tunelu.

— Będą nam potrzebne narzędzia — powiedział Arseniew. Od chwili kiedyśmy wysiedli, słuchawki wypełniało drobne, uprzykrzone trzeszczenie i aby się porozumieć, musieliśmy zbliżać do siebie hełmy. — Dźwig nożycowy, łomy i ładunek fulguritu, to w tej chwili najważniejsze — ciągnął astronom.

Spoglądał na nas kolejno, wreszcie zdecydował:

— Smith zostanie ze mną, a wy wrócicie do rakiety. Posyłam was obu, bo Oswaticz jeszcze leży, a Lao — Czu ma się niewiele lepiej.

Spojrzał na zegarek.