— Droga w obie strony powinna trwać nie dłużej niż trzy godziny, wliczając w to czas na załadowanie materiału.
— Czy mam już jechać? — Sołtyk postąpił krok ku maszynie.
— Tak.
Inżynier wsiadł pierwszy, za nim wcisnął się do wnętrza Rainer i zatrzasnął za sobą klapę. Motor zawarczał i pojazd ruszył kołysząc się lekko. Śledziliśmy go wzrokiem — zniknął za zakrętem, przez chwilę dobiegał głośniejszy warkot motoru, widać przebijał się przez wydmy piasku czy gruzy — potem wszystko ucichło, tylko wysoko nad nami świszczał wiatr.
— Profesorze… — odezwałem się. Nie dosłyszał. Drobne gęste trzaski rozlegały się w słuchawkach, jakby ktoś sypał cienkim strumykiem mak na membranę.
— Profesorze — powtórzyłem głośniej — gdzie… oni są?
Zrozumiał. Zbliżył się do mnie. Okienko jego hełmu było w cieniu i widok kasku z odstającymi siatkami radaroskopów, już tak zwyczajny, w tej chwili poraził mnie. Przyszła mi do głowy szaleńcza wątpliwość, czy to naprawdę jest Arseniew, mój towarzysz, człowiek?!
W następnej chwili dostrzegłem przez szkło hełmu jego jasne oczy.
— Zginęli… — powiedział.
— Jak? W jaki sposób? Wszyscy?