— Tak. Pamięta pan, co mówiłem o pijanych prądach? Oto ich źródło, źródło energii elektrycznej i grawitacyjnej.

— A oni? Dlaczego zginęli?

Astronom milczał patrząc w głębię, która falowała czarnymi przypływami i odpływami.

— Profesorze!

— Widzi pan ten ruch, już swobodny? Teraz nie służy nikomu. Będzie tak falować, póki starczy nagromadzonych zapasów — może sto, może dwieście lat, może pięćset…

Jego głos był ochrypły. Nie pytałem już o nic. Przykląkł nad samym brzegiem. Postąpiłem za jego przykładem. Czarne, połyskliwe morze zalewało coraz wyższe kondygnacje otworów, ślizgało się miękko w górę ścian, zagarniało je nieprzenikliwą powierzchnią, tężało jak czarny tysiąctonowy mięsień, zamierało — i zaczynało opadać.

— Nic tu po nas. Wracamy — rzekł Arseniew.

Zapaliwszy reflektor poszliśmy tą samą drogą. W dziesięć minut znaleźliśmy się w wielkiej sali. Mijając planetarium, w którym wciąż poruszały się świetliste kule, skierowałem mimo woli oczy na czarny znak podwójnego pierścienia, wyryty w kamieniu — i zatrzymałem się wpół kroku. Olśniło mnie przypomnienie. Taki sam rysunek był w górskiej grocie… Wenus i Ziemia krążące wokół Słońca. Ta gruba linia nie łączyła ich. Zaczynała się na powierzchni Wenery, zmierzała poprzez przestrzeń ku Ziemi i przechodziła przez nią, jakby ją przekreślając.

— Profesorze! — krzyknąłem. Myśli biegły w jakąś przepaść.

— Profesorze! — zawołałem raz jeszcze. Astronom wyszedł już z sali i tylko w głębi korytarza dudniły jego kroki, coraz dalsze i dalsze.