Wokół nas coraz głośniej szumiało płynące powietrze. Była to chwila ciepłego, powolnego wydechu. Arseniew zawadził plecakiem o sklepienie. Przez mgnienie szamotał się, potem wycofał i zatarasował barami całe przejście. Wyciągnąłem rękę. Manipulował przy pasach.
— Zdejmę plecak — powiedział — weź go pan ode mnie, inaczej nie przejdę.
Uczułem, że pasy nagle zaciążyły mi w ręku. Pojaśniało. Arseniew zniknął. Postąpiłem krok naprzód. Głuchy, łagodny szum wyolbrzymiał. Dwa metry przede mną ział fioletowo oświetlony przestwór. Staliśmy wysoko, w wybitym w ścianie otworze.
Było to wnętrze olbrzymiej kuli. Równymi, kolistymi szeregami czerniały okrągłe otwory jak loże niesamowitego teatru. W górę biegły od nich szkliste kolumny. To one wydawały fioletowy, pulsujący blask. Od mrocznego żarzenia przechodził do gwałtownego rozbłysku. Spojrzałem w dół i chwyciłem Arseniewa za ramię. Omal nie straciłem równowagi. Jestem niewrażliwy na przyciąganie, jakie wywiera głębia, ale tutaj nie było dna. Przewalały się tam kształty ciemne, lśniące, mokre, pokryte grzędami srebrnych połysków, jakby ciała tysięcy fok w basenie, z którego wypuszczono wodę. Syropowata, gęsta ciecz, powleczona czarniawą skórą. Ciecz ta wysuwała się z leżących niżej od naszego otworów w ścianach i wlewała do dennego zbiornika. Chwilami tworzyła kształt ramion czepiających się otworów, zwłaszcza kiedy jej poziom opadał. Wówczas owe macki czy strumienie cieniały, rwały się nawet, ale potem cała masa brzękła, szła w górę i wijące się w powietrzu strzępy zlepiały się odtwarzając zerwane pomosty.
Staliśmy długo na krawędzi. Powietrze biegło raz w górę, raz w dół, zależnie od ruchów czarnej mazi. W tym samym rytmie łopotało fioletowe światło.
— Plazma… — wyszeptałem. — Plazma żywej rzeki…
— Tak — odparł astronom — ta sama. Ale to jest tylko narzędzie…
— Co pan mówi?
— Nasze wyobrażenia o wytwarzaniu elektryczności wiążą się z metalowymi maszynami, jak dynamo czy stos atomowy. Można ją jednak wytwarzać inaczej… Cząsteczki tej plazmy tworzą ładunki elektryczne, które, przesyłane na tysiąc kilometrów, działają na podstawę Białej Kuli…
— Profesorze… pan… pan szukał tego miejsca? Pan się spodziewał, że tu… pan wiedział?!