— Przestań — powiedział leniwie Arseniew. — To nie ma sensu.
Zataczałem łuki lśniącą stalą, biłem ze wszech sił. Głaz szczękał, lecz nie poddawał się. Okruchy leciały w powietrze. Potęgowałem siłę ciosów; opanowała mnie furia, zamachnąłem się tak gwałtownie, że omal nie upadłem. Stylisko strzeliło mi w rękach. Bezużyteczne ostrze czekana zadzwoniło o skałę i spadło. Ułamał się tuż pod kilofem.
Wróciłem do Arseniewa.
— Jak głęboko jesteśmy? — spytałem, kiedy oddech mi się uspokoił.
— Z piętnaście metrów pod powierzchnią.
Siedzieliśmy znowu w mroku. Po jakichś dwudziestu minutach wydało mi się, że nie dość dokładnie opukałem jedną ścianę korytarza; tam może się znajdować za cienką przegrodą jakiś przesmyk, droga prowadząca na wolność… Zerwałem się i zaświeciłem latarkę. Jej blask oślepił mnie, odbierając zarazem złudzenie. Dobrze zbadaliśmy skałę, nie ma w niej Radnej pustki, żadnej szczeliny, nic. na pewno nic.
— Siadaj — powiedział monotonnie Arseniew. — Siadaj. Wielkim cieniem przywarł nieruchomo do skały.
— I zgaś latarkę… już żółknie…
Światło rzeczywiście nieco osłabło. Należało zmienić baterię; była tam, gdzie ją zostawiłem, w plecaku…
Obejrzałem uważnie płonącą w żarówce nitkę wolframu, zgasiłem reflektor i ciężko usiadłem. Teraz nie mogłem już patrzeć na zegarek. Była szósta, od półtorej godziny byliśmy zasypani. Przycisnąłem hełm do skały.